Dzikie koty, co z nimi robić?

Jak nie szkodzić kotom? O tym wszystkim opowie nam Artur Różycki, lekarz weterynarii z przychodni weterynaryjnej Podaj Łapę.

Koty właścicielskie

W przypadku tych kotów wszystko jest jasne- kot ma swojego właściciela, który się nim opiekuje, karmi go, pielęgnuje, leczy i dba aby się nie rozmnażał. Gdy zachoruje, idzie z nim do lekarza weterynarii. Podobnie ma się sprawa z kotami właścicielskimi wychodzącymi, z tym że czasami taki kot ma kilku właścicieli, którzy się do niego przyznają, często o sobie nie wiedząc. Mieliśmy kiedyś taką sytuację, kiedy właściciel kota przyprowadził go na kastrację, a po kilku dniach inny właściciel wpadł na ten sam pomysł i przyprowadził tego samego kota wcześniej wykastrowanego.

Koty wolno żyjące

Tutaj też należy wprowadzić pewien podział, na te, które same sobie radzą w życiu, są  samowystarczalne, dzikie, polują na gryzonie, żywią się resztkami jedzenia znalezionymi w sobie znanych miejscach. Charakteryzują się smukłą sylwetką, nieufnością wobec człowieka i często nawet nie wiemy o ich istnieniu.Kolejne to wolno żyjące koty miejskie, dokarmiane najczęściej przez panie emerytki. Zdarzają się również panowie, nawet tacy, którym lekarz kardiolog zalecił karmienie kotów pod śmietnikiem, bo to motywuje ich do wyjścia z domu. Serdecznie pozdrawiamy obu panów. Takich kotów jest dużo bo się ciągle rozmnażają i pojawiają się wciąż nowe. Cechy tych kotów to otyłość, ospałość, leniwość. Te koty tracą już instynkt łowcy no bo po co gonić za myszami, kiedy jedzenie jest na wyciągnięcie łapy. Te koty nie boją się ludzi, wylegują się na maskach samochodów latem lub pod maskami samochodów zimą. O ich obecności wiedzą wszyscy, ślady łap widoczne są wszędzie, nie wspominając o odchodach. Korzystają chętnie z ocieplanych budek zorganizowanych przez karmicieli. Budki są ustawiane są w dowolnie wybranych przez karmicieli  miejscach. Lokalizacje mają być wygodne dla karmicieli, najczęściej są usytuowane  tak aby z centrum obserwacyjnego- okna kuchni- były dobrze widoczne. Oczywiście nie jest to uzgadniane z nikim, zwłaszcza z gminą, wspólnotą mieszkaniową, sąsiadami.

 Koty wolno żyjące działkowe

Tak na marginesie według przepisów prawa nie wolno trzymać kotów na ogrodach działkowych.  Ale: “Panie, kto je tam trzyma, one same się zalęgły!”- słyszymy.  Są to koty, które w jakiś magiczny sposób pojawiły się na ogródkach działkowych, zostały przygarnięte przez właścicieli ogródków, są karmione, mają swoje miejsce w budce, altance czy innych pomieszczeniach. Nie są tak smukłe i zwinne jak prawdziwie wolno żyjące bez opieki ludzi, ale są bardziej wysportowane niż te mieszkające w budkach przy śmietnikach czy pod szkołą. Zdarza im się upolować mysz, nornicę czy gołębia- za co są znienawidzone przez hodowców gołębi, zwłaszcza tych również trzymanych na działkach. Te koty znają doskonale działkowców. Wiedzą, do których należy podbiec po soczystą saszetkę, wiedzą przed kim należy uciekać. O ich obecności możemy się przekonać po śladach na grządkach, “aromatyzowaniu” roślin dokonywanym przez niewykastrowane kocury, zagrzebanych odchodach na alejkach i pomiędzy grządkami.

Karmiciele

Koty wolno żyjące mają często swoich opiekunów tzw. karmicieli. Karmiciele kochają koty po swojemu. Są zawsze przekonani o słuszności swojego postępowania, czyli karmienia kotów przez cały rok i to w nadmiarze. Oczekują wdzięczności społecznej za swoje działania. Zdarza się, że te koty chorują, wówczas karmiciele kotów przynoszą je do naszej przychodni, aby im pomóc. Oczywiście zawsze staramy się pomóc bo jak nie my to kto? Ale serce nam pęka, gdy po raz kolejny kotka, której karmicielka nie złapała urodziła trzeci miot w roku i te słabe, chore kociaki są do nas przynoszone. Są zaropiałe, zarobaczone, zapchlone, często mają uszkodzone oczy, czasami są już ślepe. Serce nam się raduje gdy uda się je podleczyć, uda się znaleźć im dom, ale za chwilę znów sytuacja się odwraca bo katar koci i inne choroby wirusowe lubią nawracać i zdarza się, że te potrafią zabijać kotki, które wydawać by się mogło – wyszły na prostą.

Różne typy karmicieli

Typ pierwszy: pani lub pan, których sumienie nie pozwala na przejście obok zwierzaka bez nakarmienia go. Tacy karmią “swoje” koty, ale ze względu na to, że one już nie są w stanie wszystkiego zjeść zostawiają jedzenie, na które zawsze znajdą się inne koty, jeże, lisy, psy z sąsiedztwa, czasem również borsuki. Nie da się im wytłumaczyć, że samo karmienie nie rozwiązuje kocich problemów. Wszelkie próby perswazji wywołują u nich odruchy obronne i wtedy mówią często, że nie tylko oni tak robią, przecież inni też karmią. Często reagują też agresją.  Wydaje im się, że skoro nie podzielamy ich poglądów to jesteśmy nieczułymi potworami, nie godnymi bycia lekarzami weterynarii.Typ drugi: karmiciel oświecony. On dokarmia  zimą, mniej latem. Karmi tylko “swoje” koty.

Po ich nakarmieniu zabiera miseczkę.  Dba o to aby “jego”kotki były odrobaczone, odpchlone, zaszczepione. Oczywiście zadbał już wcześniej o wysterylizowanie kotek i kastrację kocurków, skorzystał z licznych programów sterylizacji organizowanych przez swoją gminę. Taki karmiciel widząc nowego kota w okolicy stara się dowiedzieć skąd się wziął. Nie karmi niepotrzebnie, aby nie przyzwyczajać kolejnego kota. Czasem współpracuje przy złapaniu ewentualnych nowych kotek celem ich sterylizacji. Poszukuje nowych domów dla kotów, ale oddaje je po wcześniejszej sterylizacji. Właśnie takich karmicieli byśmy sobie życzyli.

Koty w miastach są potrzebne

Ale są potrzebne te zdrowe, wolno żyjące polujące koty, które bronią nas mieszkańców przed chorobami przenoszonymi przez gryzonie. Takie, które potrafią nawet przegonić kuny przegryzające przewody pod maskami samochodów. Potrzebna jest ograniczona liczba tych kotów, a nie nieskończone zastępy chorych, które nie są w stanie wyżyć bez człowieka. Czy tym chorym, nie powinno się pomagać? Oczywiście, że powinno się pomagać ale pomoc polegająca wyłącznie na karmieniu, to słaba pomoc.