Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

blog_2_600x150

 

 

 

 

Janusz był zrozpaczony i przygnębiony. Prześladowały go wielkie, czarne pająki. Sąsiad zatelefonował po pomoc, a pogotowie przewiozło go do szpitala psychiatrycznego.

Dwa dni wcześniej Janusz spędził noc na tak zwanym „dołku”, ponieważ pod wpływem alkoholu awanturował się, zaczepiał sąsiadów, a na koniec nasikał sąsiadce na drzwi. Sąsiedzi po raz kolejny wezwali policję, mając już dość ciągłych awantur i zaczepek. Tym bardziej, że Janusz pod wpływem alkoholu lubił przechadzać się z siekierą, groźnie obiecując co i komu odrąbie, jak go tylko złapie…
Po nocy spędzonej na izbie wytrzeźwień Janusz wraz z kwitkiem do zapłaty został zwolniony do domu. Idąc stale odczuwał niepokój, drżał i pocił się. Czuł także kołatanie serca. „Być może to zwiastun zawału” – pomyślał. Miał także lekkie trudności z opuszczeniem dobrze znanego miasta i trafieniem na drogę wylotową, gdzie zawsze łapał stopa. W gardle paliło go coraz bardziej, głowa bolała, a w kieszeni – poza kwitkiem z izby – pustki. Kiedy dotarł wreszcie do swojej wsi i otworzył drzwi własnego domu, przeraził się. Widok, jaki tam zastał, zapamiętał na długo. Po całym pokoju – po ścianach, suficie, po podłodze, chodziły wielkie czarne pająki. Co więcej, wspinały mu się także po nogach. Próbował zrzucić je z siebie, strzepać te obrzydlistwa, ale pozbycie się ich było niemożliwe. Wybiegł z domu, chcąc pobiec po pomoc do swojego kolegi od kieliszka, ale nie mógł znaleźć drogi. W którą stronę biec? W lewo, w prawo? „Nie znam tej wsi!” – myślał spanikowany. Wydawała mu się dziwnie odmieniona, ludzie jacyś inni, a przejeżdżające pojazdy były jakieś takie przerażające, każdy usiłował go potrącić. W końcu jakaś życzliwa dusza zadzwoniła po pomoc.
Janusz był jedynym synem swoich rodziców. Rodzice rozwiedli się, gdy miał trzy lata. Został wówczas zabrany przez dziadków ze strony ojca. W wieku 16 lat rzucił szkołę. Podejmował różne dorywcze prace. Wreszcie podjął zatrudnienie w firmie budowlanej, ale na czarno. Miał w życiu kilka partnerek, jednak każda z nich odchodziła po kilku latach. W momencie przyjęcia na oddział szpitala psychiatrycznego był bez pracy. Mieszkał w rozpadającym się domu po dziadkach, a jego jedyny dochód stanowiła pomoc z opieki społecznej.
Janusz był osobą temperamentną – tak określali go koledzy. Już jako nastolatek sięgał po alkohol. Stopniowo było go coraz więcej. Janusz pił kilkudniowymi ciągami i „klinował”, bo mu to pomagało. Później, już bez „klinowania”, zwyczajnie zaczynał pić rano i pił przez cały dzień. Inaczej drżenie i pocenie były trudne do zniesienia. Mężczyzna czuł, że nie potrafi obejść się bez alkoholu. A po nim był jeszcze bardziej porywczy niż na trzeźwo. Z byle powodu szły w ruch pięści, pałki, niekiedy nawet noże. Kiedy zabrakło pieniędzy, lub z jakiegoś innego powodu nie miał dostępu do alkoholu, towarzyszyło mu zmęczenie, trudności w koncentracji i osłabienie pamięci.
Około 40. roku życia podjął próbę leczenia, a właściwie został sądownie skierowany na leczenie odwykowe. Nie był w stanie wytrwać. Wydalono go z oddziału za picie podczas kuracji. W tym okresie stracił pracę, ostatnia partnerka odeszła, a on, mimo tego, nie był w stanie przestać pić. Miał zresztą w rodzinie dobre alkoholowe „tradycje”: pili jego rodzice, stryjowie i dziadek. W przeszłości był leczony na zapalenie trzustki, kilka razy trafiał do szpitala z powodu złamań, potłuczeń i krwawień – ale pił nadal.
Epizod z wielkimi, czarnymi, obłażącymi go pająkami był pierwszym tego rodzaju. W czasie badania w moim gabinecie Janusz był drażliwy, napięty, niespokojny. Nie wiedział, który jest rok, gdzie w ogóle się znajduje. Stale pocierał rękoma ubranie i twarz, usiłując strzepnąć chodzące po nim wyimaginowane pająki. Co jakiś czas wzdrygał się, kiedy miał wrażenie, że jakiś pająk usiłuje wejść mu do ucha, ust czy nosa.
W badaniu neurologicznym stwierdzono oczopląs podczas patrzenia w lewo i w prawo, drżenie zamiarowe i osłabienie czucia dotyku na nogach. W szpitalu Janusz był niespokojny, nie mógł spać, a objawy okresowo nasilały się. Czasami sprawiał wrażenie spokojniejszego i wyciszonego, aby po chwili całą swoją uwagę i energię poświęcać na walkę z pająkami. Stał się bardzo podatny na sugestie, czytał w myślach personelu i odbierał przekazy z innych układów słonecznych. Po 48 godzinach intensywnej farmakoterapii uspokoił się. Jego tętno i temperatura wróciły do normy. Podczas ostatniego kontrolnego badania pokusił się o żart: „a miały być, k…, białe myszki, niech to ch… strzeli…”.

Agnieszka Mydlikowska-Śmigórska

Specjalista psychologii klinicznej, neuropsycholog, terapeuta uzależnień

www: http://www.neurona.pl

e-mail: a.mydlikowska@gmail.com

Reklama
Reklama