Reklama
Reklama

blog_2_600x150

 

 Czemu winny jest rodzic?

Od początku liceum chciałam być psychologiem. Czytałam Freuda i byłam zafascynowana jego wglądami, interpretacjami i skutecznością leczenia. Nawet nauczyłam się niemieckiego, aby móc czytać mistrza w oryginale.

Później dostałam się na studia, gdzie doszły takie przedmioty jak filozofia, statystyka, logika. Miały pomóc lepiej rozumieć psychologię, czytać statystyki, analizować i wyciągać wnioski. W czasie studiów myślałam, że Freud był takim geniuszem, iż zwyczajnie nie dawał się zawęzić do granic nauki. Nie wiedząc, że był to zwyczajny oszust, skromnie wybrałam sobie neuropsychologię, jako działeczkę dla tych mniej lotnych, pozostawiając psychoterapię dla umysłów równych Freudowi. Minęło wiele lat, ukazało się wiele artykułów weryfikujących psychoanalityczne koncepcje. Zapadały one w pamięć, ponieważ stały w sprzeczności z wiedzą, którą przekazywano mi na studiach.
Ostatnio ponownie wróciłam do psychologii rozwojowej – z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że znowu zostałam mamą i chciałam sobie przypomnieć, jakich błędów unikać. Po drugie dlatego, że do mojego gabinetu jakiś czas temu przyszła pewna mama z synem – Piotrkiem. Umówiła Piotrka na badanie neuropsychologiczne z powodu jego nietypowych zachowań. Podczas wywiadu kobieta powiedziała mi, że jakiś czas temu dowiedziała się od pani psycholog (tu pada nazwa instytucji oraz imię i nazwisko), że zaburzenia Piotrka mają jeden główny powód. Jest on środkowym dzieckiem, a środkowe dzieci są nie dość kochane i mają zbyt mało uwagi.
Włos mi się zjeżył. Była to już kolejna matka, która zjawiła się w moim gabinecie nafaszerowana takimi archaicznymi pierdołami. Mam świadomość, że paręnaście lat temu jako przyczynę autyzmu wskazywano oziębłych, sztywnych i przeintelektualizowanych rodziców. Tustin natomiast uważa, że przyczyny autyzmu można upatrywać w zbyt wczesnym doświadczeniu utraty obiektu gratyfikującego. Matkę wychowującą schizofrenika charakteryzuje chłód emocjonalny, nadmierna kontrola, zbytnia opiekuńczość i tzw. podwójne wiązanie (agresja zmieszana z miłością). Może to być też matka o stylu wychowawczym unikającym. Dzieci z zaburzeniami depresyjnymi wychowywane są przez rodziców o przywiązaniu ambiwalentnym. A o dzieciach z zaburzeniami z kręgu płatów czołowych nie wspomnę, bo w zależności od lokalizacji zaburzeń można rodzicom przypisać wszystko. Gdybym była twórcą koncepcji rozwojowej, to napisałabym, że przyczyna autyzmu, schizofrenii i depresji (i wszystkich innych zaburzeń) leży w tym, że rodzice nie czytali dziecku Antygony w oryginale, z podziałem na głosy. I nawet mogę zrobić badania statystyczne, które potwierdzą moją koncepcję. Zapytam każdego rodzica chorego dziecka, czy czytał mu Antygonę w oryginale. I rzucą się na moją koncepcję wszyscy średnio oczytani terapeuci, sugerując, że im Antygonę w dzieciństwie czytano i dlatego są zdrowi.
W strefie niejasności jest miejsce na każdą szarlatanerię. Gdyby choroba Alzheimera atakowała w młodszym wieku to część psychoterapeutów uznałaby pewnie, że to też wina rodziców, którzy nieadekwatnie albo nie dość szybko reagowali na potrzeby dzieci, a choroba Parkinsona to wynik częstego potrząsania dzieckiem. Wpędzanie rodziców w poczucie winy to świetny sposób na wyciąganie od nich pieniędzy…
Szczęśliwie koncerny farmaceutyczne nie dały się uwieść marketingowo ciekawej koncepcji schizogennej matki i uparcie szukały przyczyn gdzie indziej. Znalazły. Opracowano leki, które z roku na rok są coraz skuteczniejsze i bezpieczniejsze. W ten sposób ze schizofrenią już nauka się rozprawiła i nikt (mam nadzieję) nie usiłuje leczyć jej terapią. Nagle pojawiły się liczne doniesienia o różnej jej etiologii. Może środowisko, choć 50% schizofreników wychowywało się w normalnych domach. Może geny – przy obojgu rodzicach 46%. A może wirusy lub bakterie. Z autyzmem i dysfunkcjami czołowymi zaczyna być podobnie – poszukiwanie przyczyn w biochemii, neurofizjologii i anatomii znacznie bardziej przybliża do znalezienia skutecznego leku niż obarczanie Bogu ducha winnych rodziców. Bo czym innym jest odrzucanie, chłód emocjonalny i wrogość wobec dziecka, a czym innym pakiet genów, w którym wraz ze swoimi aniołami przekazujemy demony, że tak strawestuję poetę. Bo zakładam, że każdy z nas, tych z szeroko pojętej normy społecznej, stara się być najlepszym rodzicem jakim potrafi. Ja też czasem daję niemowlakowi smoczek i sadzam go na huśtawkę, starszym włączę telewizor, a na obiad jemy kupną pizzę, ale to nie znaczy, że jestem chłodna czy ambiwalentna. To znaczy, że czasami jestem zwyczajnie zmęczona – o czym informuję dzieciaki. Rodzic to człowiek, a nie cyborg. Można być świetnym rodzicem bez statystyki i filozofii. Bez logiki trudniej. Ale nie można być dobrym specjalistą, lekceważąc podstawy nauki, wnioskowania i dedukcji. Jeśli coś nie jest A to nie znaczy, że jest B. Alfabet ma znacznie więcej liter…

 

Agnieszka Mydlikowska-Śmigórska

Specjalista psychologii klinicznej, neuropsycholog, terapeuta uzależnień

www: http://www.neurona.pl

e-mail: a.mydlikowska@gmail.com

Reklama
Reklama