Reklama
Reklama
Reklama
Advertisement
Reklama
Reklama
Reklama

 

Historia lubiąskiego szpitala jest doprawdy zagmatwana, nie do końca jasna i na pewno nie zdołamy jej nigdy poznać do końca. Mówi się, że psychiatria i tematyka z nią związana w latach 50 i 60 była na bardzo niskim poziomie. Opierała się na staroświeckich poglądach i przesądach, zdawała się raczej być bardziej sposobnością do eksperymentowania na ludziach w jakiś sposób ograniczonych wolnością. Domyślają się Państwo o czym mam zamiar napisać . Mianowicie chodzi o sprawy wstydliwe, dziś można by rzec absurdalne, a wręcz niewyobrażalne. Oprócz pacjentów naprawdę chorych czy poprawnie zdiagnozowanych, zarówno tych, którzy doświadczyli wojny na własnej skórze (żołnierze, więźniowie itp.) jak i Ci co byli jej niechlubnymi obserwatorami. W szpitalu znajdowali się również ludzie całkowicie zdrowi, którzy nie znali innego sposobu na życie, jak i ludzie uciekający przed różnymi wyznacznikami władzy w tamtym okresie. Nie tylko byli to tak zwani zbrodniarze, którzy pobytem w szpitalu próbowali uniknąć sprawiedliwości za popełnione im czyny, ale również ludzie, którym nie podobał się ówczesny system sprawowania władzy, którzy wiedzieli za dużo lub za głośno się temu systemowi sprzeciwiali. By uciszyć, przesłuchać lub nauczyć szacunku dla władzy, szpitale psychiatryczne idealnie się do tego procesu nadawały, gdyż w przeciwieństwie do więzienia i wyroku tu nigdy nie było wiadomo ile czasu zajmie leczenie lub czy w ogóle uda się ów szpital opuścić.

Warto zaznaczyć, że były to czasy komunizmu. Obywatele powinni działać i robić wszystko dla Państwa, kto się temu sprzeciwiał był wrogiem Narodu. W społeczeństwie komunistycznym przestępczość i naruszanie norm życia społecznego często wiąże się z rozstrojem psychicznym. „Wzrost liczby procesów politycznych i więźniów politycznych – to zły wskaźnik socjologiczny, a wzrost liczby miejsc w szpitalach – to bardzo dobra oznaka postępu społecznego.”

Pozwolę sobie zacytować: ” Sowiecka psychiatria na usługach KGB używana była do niszczenia ludzi, którzy odważyli się wyrazić głośno swój sprzeciw wobec komunistycznej rzeczywistości. „Jej metody okazały się skuteczniejsze od łagrów i zsyłek. W bardzo krótkim czasie dziesiątki osób zostały uznane za niepoczytalne – z zasady najbardziej zaciętych i konsekwentnych działaczy. To czego nie były w stanie dokonać wojska Układu Warszawskiego, więzienia, łagry, przesłuchania, rewizje, pozbawianie pracy, szantaż i straszenie – to wszystko dzięki psychiatrii stało się faktem” – pisał Władimir Bukowski, jeden z najsłynniejszych dysydentów, zarazem ofiara tych metod i człowiek dzięki któremu te nieludzkie praktyki stały się znane w wolnym świecie. „

Warto, było by się teraz zastanowić, czy tylko Rosjanie i Polacy nadużywali szpitali psychiatrycznych do celów politycznych? Oczywiście, że nie! Nasuwa się kolejne pytanie, co stało się nie tylko z dokumentacją, ale i pacjentami szpitala w Leubus prowadzonego przez Niemców? Jak wielki wpływ na Lubiąż miała tak zwana akcja T4? ” W słoneczne popołudnie 18 czerwca 1941 roku pod szpital „ Irre und Epileptische ” w Leubus obecnie Lubiąż podjechały furgonetki akcji T4 w asyście żołnierzy Wehrmachtu i zaparkowały na dziedzińcu klasztoru. Dyrektorowi szpitala Laurentiusowi Karlawi Baade – (1895-1941) przedstawiono odpowiednie dokumenty i zażądano wydania pacjentów. Wbrew niemieckiemu ordnung, wbrew zdrowemu rozsądkowi dyrektor Baade nie wyraził zgody i był przeciwny tej akcji E, walczył do końca o pacjentów swojego szpitala – dyrektor umarł tego dnia razem ze swoimi pacjentami, śmierć poniósł również cały personel placówki. Przeżyły trzy osoby. Pielęgniarka która uciekła z dwójką dzieci przejściem podziemnym prowadzącym z głównego budynku klasztoru do dawnych pomieszczeń gospodarskich gdzie ukryła się do czasu zakończenia akcji T4..” Temat rzeka. A co się stało z więźniami, żołnierzami po wyjeździe Rosjan ze szpitala?

I tu się zatrzymamy. Wrócimy do wspomnień, gdy Lubiąż odzyskał szpital dla Polski albo raczej to co z niego pozostało i jak ciężko było na początku, jakie były warunki i podejście do pacjenta i metody leczenia.

Nie mnie osądzać ludzi, z różnymi miało się do czynienia i Niemcami, Białorusinami, Ukraińcami, Ruskimi i wielu innymi. Gdy mieszkałam wraz z rodziną jeszcze na wschodzie, dobrze pamiętam jakie były czasy gdy wybuchła wojna i co ze sobą niosła. Tereny na których żyliśmy należały do Polski, by następnie przejść pod władze niemieckie. I chociaż front nie przechodził przez naszą i okoliczne wsie Niemcy się u nas pojawiali. Lubili nas Polaków oprócz interesów – handel wymienny – a zwłaszcza zakup przez wojskowych bimbru. Niemcy uwielbiali się bawić, tańcować i śpiewać w rynkach naszych miasteczek. Nie byli przy tym nachalni czy brutalni od tak zwykłe chłopaki w mundurach, które chciały się trochę rozerwać zanim ruszą dalej. Jako, że byłam młodą ale nader wyrośniętą panienką musiałam na siebie uważać. Wiadomo było do czego czasem niektórzy się dopuszczali, a to nie tylko wstyd i upokorzenie, ale i hańba dla dziewczyny. Zdarzały się też porwania małych dzieci i chłopców i dziewczynek. Ale po co byli Niemcom tego nie rozumieliśmy. Z czasem dochodziły słuchy, że na zachodzie będą miały lepiej, że trafiają do adopcji, a czasem mówiono inne straszne rzeczy. Gdy Niemcy odeszli żyło się prawie tak jak do tej pory choć docierało do nas powoli co się świeci. Niemieckie wojska nie były w stanie podbić Rosji, nie tylko myślę ze względu na małą ilość wojsk. Uważano i plotkowano przede wszystkim o niesprzyjającej pogodzie i wyjątkowo srogiej zimie, która nadeszła i dała się nam wszystkim we znaki a co dopiero przemęczonym nie spodziewającym się takich mrozów niemieckim żołnierzom, którzy ponieśli klęskę.

I tak przyszedł czas na wojsko Rosyjskie, które w mojej rodzinie nie było zbyt przychylnie przyjmowane no, ale jakoś trzeba było dawać radę. Majętni jak na tamte czasy i warunki byli moi rodzice. Dużą mieliśmy gospodarkę, zwierzęta: krowy, konie, świnie, owce, drób i wiele innego dobra co można było kiedyś na wsi zrobić siłą ludzkich rąk z pomocą matki natury. Jednak z czasem życie pod radziecka okupacją stawało się coraz trudniejsze i bardzo niebezpieczne. Najgorsza okazała się być partyzantka. Ciężko mi teraz spamietać co to za ludzie byli, niby to walczyli dla naszego dobra dla cywilów; przeciwko obecnemu ustrojowi; na chwałę wolności, ale często owe grupy okazywały się być zwykłymi bandytami, rabusiami, gwałcicielami, dezerterami i mordercami. Niektórzy uciekali z wojska przed pójściem na front i ukrywali się po okolicznych lasach, inni w ten sposób haniebny się wzbogacać chcieli na ludzkiej krzywdzie, jeszcze inni mścili się za zło i krzywdy im i ich rodzinom wyrządzonym.

Ojciec i wuj na skraju lasu nieopodal wsi wykopali ogromną ziemiankę, by w niej na czas partyzanckich czy wojskowych nalotów ukrywać dobytek z domostwa. Brano wszystko co się dało od ziaren zboża, mąkę przez drób trzodę, bydło oraz oczywiście konie. Nie szczędzono nawet uprzęży, czy wozów, ciuchów czy nawet glinianych garnków. I nikt nie przejmował się, że nie będziemy mieli ani co ani za co jeść czy choćby pola obrobić. Jakich skrytek na terenie gospodarstwa byśmy nie obmyślili każdą znalazły łotry, czy to pod podłoga w sieni kanki z bimbrem ukryte by były, czy w stodole pod słoma locha z prosiętami zabierali wszystko. Pamiętam jak któregoś razu wyskoczył za nimi nasz pies któregoś my nie zdążyli uwiązać, a on bardzo partyzanów nie lubił, czuł broń i agresji dostawał, rzucał się do gryzienia. wyskoczyłam go ratować, ale zobaczyłam tylko jak lufa karabinu celuje prosto w jego pysk i pada martwy mój burek. Matka wyskoczyła za mną prosząc by nas oszczędzili, musiała im trochę chleba i dżemów nadawać bo myśleli, że ja psa specjalnie na nich posłałam.

Ale i zdążało się mieć wrogów tuż za płotem jak to zwykło się mówić. Na wieść o partyzanach w wiosce ojciec wraz z wujem zapakowali co się dało na wóz i popędzili inwentarz do ziemianki licząc, że i tym razem uda się przetrwać. Los niestety chciał inaczej. Partyzany tym razem znali już nasze nazwisko i mieli spis całego inwentarza do ojca i wuja należącego. Sąsiad którego również ograbiono chciał się przypodobać i wskazał ziemiankę na skraju lasu. Z mamą usłyszałyśmy tylko krzyki potem strzały, a następnie głuchą ciszę… Gdy odjechali popędziłyśmy ile tchu w nogach i zamarłyśmy widząc ojca i wuja w kałużach krwi… zaraz zbiegli się i inni. Wujek na skutek pobicia zmarł, ojciec mój kochany przeżył, ale już do końca życia miał problemy z nogami, nie pozrastały się jak trzeba, a i leczyć wtedy nie było komu. Jakoś żyliśmy niepewni o jutro. Gdy sytuacja się nieco uspokoiła, nie było już takiego szabrowania na potęgę. Wszedł w nasze życie nowy ustrój. Już nic nie było nasze, wszystko należało do Państwa dla którego najpierw trzeba było pracować a następnie dla siebie. I tak zaczęło powstawać na naszym terenie Rosyjskie prawo. Wraz z rodzina zaczęliśmy wtedy załatwiać stosowne dokumenty aby móc żyć w Polsce, bo nie byliśmy ani Ruskimi ani Białorusinami ani Ukraińcami tylko Polakami.

Jak tak wspominam tamte dni włos na głowie się jeży a z drugiej strony duma, że człowiek to przeżył i sobie radził. I teraz tu w szpitalu, który na nowo zaczyna stawać na nogi, wszystko zdaje się być takie zrabowane, ograbione, pozbawione podstaw i choć niby system ten sam , tu jakoś inaczej sprawy się mają. Szpital zaczyna funkcjonować w koszmarnych warunkach, bez ogrzewania z brakiem wyposażenia o remontach po odejściu wojsk radzieckich nie wspominając. Jak Mogą być leczeni tu ludzie z zaburzeniami i traumatycznymi przejściami i Bóg wie czym jeszcze? To o czym opowiadałam wcześniej, to nic w porównaniu z tym co można dostrzec będąc jakby w centrum całego zamieszania, ale bezpośrednio w nim nie uczestnicząc. Pracując jako kuchenkowa nie tylko wydawałam posiłki pacjentom oraz personelowi czy kadrom. Byłam świadkiem dziwnych jak na mój gust spotkań, sytuacji zagrażających życiu. Pacjenci traktowani tak różnie jak różni byli opiekunowie, pielęgniarze czy salowi. Doktorzy z pasją, pełni poświęceń i chęci niesienia pomocy, jak i Ci którzy w pacjentach widzieli możliwość podniesienia swoich kwalifikacji poprzez eksperymenty nie tylko farmakologiczne ale i terapeutyczne np. elektrowstrząsy – swawola doktora. i pacjenci, różni pacjenci ludzie z całej Polski, ale i nie tylko.

I wśród nich był Franek, który nie pasował jakby do całej reszty. Miałam wrażenie, że udaje te swoje ataki paniki, bo jak na pacjenta potrafił się i dobrze zachować, porozmawiać. Zawsze był schludnie ubrany i dobrze ogolony, co bywało raczej rzadkością. Ah jak wspomnę jakież to trudne początki tego nieszczęsnego szpitala były, ah jakiż ciężki los dla pacjentów to był. Co my tak naprawdę mogliśmy zrobić na tamte czasy… Po przejęciu obiektu po wojnie od resortu rolnictwa i oddaniu go psychiatrii, otwarto szpital bez zapewnienia funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i przygotowanego personelu. Bez poczucia odpowiedzialności za los chorych. »Zasłużeni« szybkim uruchomieniem szpitala zostali zaraz odznaczeni, a już potem się nie troszczyli o ciężko chorych, których pozbywano się i zwożono tu z przepełnionych szpitali. Odnosiło się spore wrażenie, że Lubiąż jest raczej przechowalnią tych chorych ludzi niż szpitalem mającym pomóc w ich powrocie do rzeczywistości. Nie, nikt się nad tym nie zastanawiał. Takie były warunki i w takich trzeba było pracować. Po prostu nie było jeszcze możliwości. Wiadomo: wszystko przyjdzie z czasem…

Przypomina mi się pewnego rodzaju wydarzenie związane z inspekcją, która przyjeżdżała co jakiś czas i kontrolowała stan, postęp i warunki panujące w szpitalu. Jak zawsze wywoływało to spore poruszenie zarówno u personelu jak i pacjentów. Niektórzy potrafili być nader złośliwi i robili różne rzeczy ażeby uprzykrzyć nam życie. Gdy wszystko zdawało się być dopięte na ostatni guzik, wraz z salowym Marianem sprawdzaliśmy stan toalet na oddziale kuchennym i tu pojawiła się straszna niespodzianka. Mianowicie jedna z kabin praktycznie od podłogi po sam sufit była umazana fekaliami i kto wie czym jeszcze. O sprzątaniu nie mogło być mowy, nie było na to czasu i wtedy jak wybawienie pojawił się wesoły Franek. Powiedział, że jak załatwimy mu dwie paczki papierosów to on zamknie się w tym kiblu i na czas inspekcji i będzie udawał, że jest mocno pochłonięty potrzebą fizjologiczną. Poszliśmy na ten układ. I tak komisja zaglądając do toalety wyraziła wielki zdziwienie gdyż jedna z toalet była zajęta a dobiegały z niej radosne śpiewy i niezbyt przyjemny zapach. Nam ciężko było powstrzymać się od śmiechu, sytuacja wydawała się dość komiczna. Pani z komisji zapytała co to ma znaczyć i jak długo to potrwa? Odrzekliśmy, że pobyty Franka w toalecie są specyficzne i nie warto mu przerywać gdyż może dostać ataku szału, więc lepiej go nie prowokować. I w ten sposób udało się zatuszować niewygodną prawdę, ubaw był po pachy.

Warunki na kuchni również do idealnych nie należały, ale jakoś z dziewczynami dawałyśmy sobie radę. Część pacjentów miała dostarczane posiłki na oddziały, inni natomiast jedli na stołówce. Niby to pracowaliśmy w jednym zakładzie, ale widoczne były podziały między ludźmi: układy stolikowe, rodzinne i partyjne. Każdy trzymał się swojej grupy. Wydając posiłki starałyśmy się dzielić wszystkiego po równo dla każdego, choć mnie czasem brała cholera jak widziałam co „ważniejsze osobistości” siadały na stołówce ze swoja przydzielona porcja a zza pazuchy wyciągały pachnące pęta swojskiej kiełbasy do której dostęp był ograniczony. Ukrywali się z tym i myśleli, że nikt tego nie widzi. Ale to byli tzw. partyjni, komuniści którym lepiej się było nie narażać, jeśli zależało ci na pracy nie tylko na szpitalu ale i w okolicy. Tak więc i my z koleżankami czasem naginałyśmy trochę zasady. Pan Franuś, który był zawsze pomocny i życzliwy dostawał ode mnie gratis chochelkę zupy gęstszej zawartości czy troszeczkę więcej mięsa na drugie danie. Pewnego dnia idąc z pracy do domu zaczepił mnie na jednej ze szpitalnych alei. Przycupnęliśmy obydwoje na ławce i rozmawialiśmy najpierw o pięknie jakie niesie ze sobą wiosna, gdy wszystko się zieleni. Po czym ni stąd ni z owąd zaczął opowiadać o swoim życiu i jak trafił do szpitala.

” Świat nie jest zły, zamieszkują go tylko różni ludzie w tym tacy pozbawieni skrupułów, rządni więcej i więcej. Pieniądze i władza to prawie mnie zgubiło. Byłem przedstawicielem pewnego zgrupowania które od początku sprzeciwiało się komunistom. Nie chcieliśmy zrezygnować a mieliśmy spore poparcie. Jednakże Służba Bezpieczeństwa wiedziała jak się z takimi jak my obchodzić, w końcu byliśmy wrogami dla systemu i niebezpieczni dla obywateli. Na skutek przesłuchań i podstępnych intryg część się poddała a wręcz przeszła na ich stronę. Ci którzy się nie poddali zostali potraktowani tak jak ja. Mój szwagier z tego co mi wiadomo trafił do szpitala w Rybniku, Maciej ponoć popełnił samobójstwo w co nie chce mi się jednak wierzyć. Mnie jako lidera wysłano do Lubiąża ze względu na rodzinę udałem załamanie nerwowe a zdiagnozowano u mnie postępującą schizofrenię. Od czasu do czasu szaleje żeby nie wyszło na jaw, co wiem o innych partiach i sposobie ich działania, mam ukryte dokumenty, które trzymają mnie przy życiu i moją rodzinę niestety z daleka ode mnie. To był, jest mój obowiązek jako Polaka stawiać się najeźdźcy. Żona i syn są najważniejsi, przykro mi, że muszą przez to przechodzić, ale dzięki temu sa bezpieczni. Poproszę niech mnie Pani nie wyda, naprawdę ciężko mi się żyje, ale dzięki niektórym ludziom jak Pani jest łatwiej… jakby lżej na duszy. Zaufanie to strasznie wątła rzecz…”

Zmieszało mnie to całe zajście, przyrzekłam mu, że nikomu o tej rozmowie nie powiem i wiem ile znaczy rodzina i odmienne poglądy polityczne. Rozstaliśmy się śląc sobie wymowne serdeczne spojrzenie podparte lekkim uśmiechem. Wracając do domu zastanawiałam się jak się do tego wszystkiego ustosunkować, przecież to był pacjent psychiatryka!! Nieprzewidywalny, szalony, obłąkany a może po prostu i naprawdę smutny i zatroskany. Teraz z perspektywy czasu wiem, że mówił prawdę. Szpital okazał się być czymś gorszym niż więzienie, bo bezterminowy wyrok. Różnego rodzaju leki i terapie miały wpływ nie tylko na kondycję fizyczną, ale i psychiczną Franka. Gdy była sposobność rozmawialiśmy na różne tematy. Opowiadał mi o przyszpitalnym cmentarzu, co nie tylko był dla pacjentów ale i biedniejszych mieszkańców wioski dawnej ludności niemieckiej, których nie było stać na pochówek przy Kościele. Opowiedział mi coś jeszcze o czym do tej pory boję się mówić. Zbiorowe mogiły, na cmentarzach ale i okolicznych polach… ukryte informacje na temat mordowania ludności cywilnej, ludzi chorych, żydów oraz żołnierzy wracających z frontu, którzy zbyt dużo widzieli i wiedzieli. Franek wiedział o tych mogiłach, chciał wskazać mi ich miejsce, ale ja się bałam, przecież tez mam rodzinę nie chciałam ich narażać swoja ciekawością. Franek to rozumiał. Ta wiedza dręczyła go i nie dawała spokoju. Mi też było żal tych ludzi oraz ich rodzin. Jakiż to smutek i tragedia nie wiedzieć co się stało z naszymi bliskimi; mężami, ojcami, synami, szwagrami którzy poszli na wojnę dobrowolnie lub z przymusu, byli więźniami, jeńcami, tracili, pamięć i nie wiadomo co się z nimi podziało. Jakaż to tragedia dla rodziny nie móc pochować kochanej osoby godnie jak człowieka na ojczystej ziemi kimkolwiek z narodów, by nie byli. A leżą tu biedaki jeden na drugim, pozbawieni godności w bezimiennym grobie skazanym na zapomnienie. Modliłam się za te dusze wielokrotnie, jacy by nie byli, jednak byli ludźmi. Co więcej mogłam… Z tym szpitalnym cmentarzem również wiąże się kilka historii, ale o tym kiedy indziej opowiem jak życie pozwoli.

Gdy wróciłam po urlopie po urodzeniu drugiego dziecka mojego synka kochanego znajoma Hela poinformowała mnie, że naszemu sympatycznemu pacjentowi Frankowi znacznie się pogorszyło, że zaczęła przyjeżdżać do niego specjalna grupa lekarzy. Na zlecenie rodziny, odwiedzali go dwa trzy razy w tygodniu. Coś mi tu nie pasowało, ale nie dałam po sobie poznać. Rozdawałam posiłki na oddziale gdzie przeniesiono Franka. Większość z pacjentów tam nie miała apetytu, kontaktu ze światem – wegetujące rośliny. I jego tam dostrzegłam, schudł i jakiś taki sino-zielony się zrobił. Rozpoznał mnie, ale był bardzo słaby. Powiedział, że jego los już w rękach Boga. Domyśliłam się iż na zlecenie pewnych osób czy instytucji, Franek poprzez lekarstwa, miał stracić świadomość, stać się warzywem. Poprosił mnie bym wysłała w jego imieniu list do Żony, który ukrył w obudowie swojego łóżka na poprzednim oddziale i żebym się za niego pomodliła, bo on nie był złym człowiekiem. Wysłałam list nie zaglądając do niego, to nie wypada , korespondencja święta rzecz.

Nazajutrz na kuchni dowiedziałam się, że Franek stracił kontakt z rzeczywistością i przestał mówić a jego stan pogarszał się z godziny na godzinę. Po południu przyjechała po niego dziwna karetka, furgonetka i zabrali naszego Franeczka niby do szpitala we Wrocławiu. Jego dalszy los nie był znany nikomu z personelu. Ot taka kolej rzeczy, jedni pacjenci przyjeżdżają, jedni odjeżdżają, jeszcze inni umierają, ale niestety rzadko który z nich wychodził na prosto. Nie wiem czy w tamtych czasach państwo tak po macoszemu traktowało szpitale psychiatryczne, lekarzom nie zależało na pacjentach ich leczeniu ale na pozycji społecznej oraz pieniądzach. My personel, sanitariusze, kucharki, sprzątaczki czy salowe pracowaliśmy i obserwowaliśmy ten specyficzny świat zamknięty za murami kompleksu szpitalnego. Pory roku się zmieniały, czas płynął jak zawsze. Każdy chciał żyć i każdy starał się nie stracić pracy, która ten byt gwarantowała.

Każdy kto przez ten szpital się przewinął, czy pacjent czy pracownik, mógłby takich historii poopowiadać, ale sama wiem po sobie, że się nie tylko boją konsekwencji, wielu nie chce pamiętać, wstydzą się tego co widzieli w czym uczestniczyli. Moim zdaniem powinniśmy mówić o tym co było, to dotyczy nas wszystkich. Historia ludzi i miejsc nie powinna być zmieniana ani zapomniana. Jak uczyć młodych ludzi wrażliwości i szacunku do człowieka, jak przedstawia im się tylko suche fakty i bezpłciowe informacje za nic nie skłaniające do refleksji, zastanowienia się czy modlitwy. Człowiek tyle przeżył i przeżywa, wciąż tyle zmian, od lamp naftowych po prąd i telefony komórkowe, od pustych sklepów do ogromnych marketów do których nie lubię chodzić, taki niepotrzebny przepych nie wiadomo co wybrać. Wiem, że młodzi nie mają teraz na nic czasu, ta technologia i przepych… Chciałabym żeby jednak chociaż na chwilę się zatrzymali i zastanowili skąd to wszystko się wzięło? jakim kosztem? I czyją krwią zdobyte? By im żyło się lepiej…

Waldemar Lasik

Lat 41. Mieszkaniec Lubiąża od urodzenia. Pasjonat historii Dolnego Śląska. Fotograf. Filmowiec. Muzyk amator, tworzący na syntezatorach. Bloger otwarty na ludzi, szczery. Obserwator życia dnia codziennego.

www: http://waldeklasik.blogspot.com/

e-mail: lasik.waldek@gmail.com

Reklama
Reklama