Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Szlakiem starej nowej historii – „Więzień”

 

Klasztor w Lubiążu po wojnie, był areną wielu wydarzeń. Wojska Sowieckie wkraczając do Lubiąża, sporo wiedziały na temat klasztoru oraz tego co się w nim działo. Ma to swoje reminiscencje w ujawnianych cyklicznie rewelacjach archiwalnych które, zaznajomieni z tematem Lubiąża przywożą do Polski.  Jednak  nie o tym mowa ( wkrótce je opublikujemy ). Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć  historię związaną z powojennymi losami klasztoru. Dostaliśmy e-maila od pewnej Pani, mieszkanki Lubiąża z którą się spotkaliśmy i długo rozmawialiśmy. Tego typu spotkania są dla nas bardzo wartościowe, ponieważ mamy szczególną okazję do usłyszenia wspomnień od ludzi którzy byli bezpośrednimi świadkami życia oraz wydarzeń z  historii naszych nie tak odległych dziejów. Nasza Pani, opowiedziała nam o koszmarnym wydarzeniu jakiego była świadkiem, wespół ze swoimi dwoma koleżankami, które na zawsze pozostawiło traumę w pamięci. Nasze spotkanie przerodziło się w wielogodzinną rozmowę, w której uzyskaliśmy bardzo dużo ciekawej wiedzy, jak wyglądała miejscowość, jakie było życie codzienne powojennego Lubiąża. Podczas spotkania było bardzo dużo różnorodnych  emocji.  Smutek i przygnębienie, mieszały się z radością, żalem i nadzieją, która umiera na końcu. Czasem pozostawiając za sobą wiele pytań bez odpowiedzi…

Zacznijmy zatem od początku.

Po wkroczeniu wojsk radzieckich do Lubiąża, klasztor był w wiadomym centrum zainteresowania – raz, że pozostało sporo urządzeń które z czasem wywieziono w głąb Rosji, a dwa, w Klasztorze był lokowany najtajniejszy program wojskowy, który realizowało wojsko niemieckie.  Od maja 1945 roku w obiekcie zaczyna funkcjonować obóz filtracyjny założony przez Sowietów dla swoich ludzi, którzy wiedzieli za dużo lub nie byli elementem pożądanym w socjalistycznym społeczeństwie. Oficjalne źródła mówią, że obóz zakończył swą działalność w 1947 roku. Nasza Pani, jak i inskrypcje namalowane przez więźniów na klasztornych wewnętrznych murach, głoszą co innego. Rosjanie byli w Lubiążu do kwietnia 1953 roku. Jako ciekawostkę podam fakt, że tzw. graffiti które narysowali jeńcy sowieccy,  a w których była podana data – jest zamazywane. Kilka lat temu wykonywałem większy projekt fotograficzny i udało mi się wykonać sporo ciekawych ujęć na których już widać zamazywanie „ nie wygodnych ‘’ historycznie dat. Nie mnie to osądzać dlaczego tak się dzieje, że obowiązującą prawdą jest coś co nie ma z nią tak naprawdę nic wspólnego, a jest tylko wygodnym kłamstwem dla mniej dociekliwych czy zainteresowanych.

Pod koniec lutego 1947 roku, do Lubiąża przyjeżdżają pierwsi repatrianci z zachodu ( Francja, Belgia, Holandia, Ukraina, Niemcy, Białoruś etc. ) Lubiąż przypomina wielki tygiel w którym zderzają się ze sobą ludzie będący Polakami, pochodzącymi jednakże z bardzo zróżnicowanych miejsc, różniących się nie tylko kulturą, ale i statusem społecznym jak i ekonomicznym.. Nasza Pani w tamtym czasie była nastolatką. Pamięta bardzo dużo szczegółów z tego okresu.  Pamięta, że Lubiąż był podzielony ( i tu bardzo istotna informacja ) na trzy strefy tzw. Zony. Jedna to cały Lubiąż Północny czyli ten w którym mieści się obecny Szpital Psychiatryczny. W tej strefie były koszary, w poniemieckich domach mieszkali żołnierze sowieccy. Ta zona była dostępna dla ludności polskiej pod pewnymi obostrzeniami oczywiście, nie chodziło tylko o przepustki, Rosjanie uwielbiali handlować czym się da za wódkę lub bimber. Nasza Pani opowiadała, że zaprzyjaźniła się z córką jednego z Oficerów Sowieckich, która była jej rówieśniczką. Razem wjeżdżały na teren zony i tam przebywały, spacerowały, obserwowały i bawiły się jak na dobre koleżanki przystało. Często dostawała jedzenie, które przynosiła do domu i dzieliła się z rodzicami oraz  rodzeństwem – miała taką możliwość. Jako ciekawostkę podam też fakt, że dobrze wspomina Rosyjskich żołnierzy.Choć jak twierdzi obecnie jej znajomość z córką wysoko postawionego Żołdaka dużo się przyczyniło do tych dobrych relacji. Opowiadała, że gdy przyjechali na Ziemie Odzyskane do punktu zbornego, który znajdował się w Jaworze, to wydarzyło się jedno takie zdarzenie po którym nabrała sympatii dla Sowietów. Na bocznicy kolejowej stało kilka wagonów z Polakami, których lokomotywa została uszkodzona i musieli czekać na dalszy rozwój sytuacji. Trwało to kilka dni. Zimno, śnieg i bydlęce wagony w których mieszkali. Przyjechał na stację po kilku dniach, wojskowy skład wiozący żołnierzy. Zatrzymali się aby nalać wody do lokomotywy, oraz aby odpocząć. Polacy poczęstowali ich swojskim bimbrem – waluta jak na tamte warunki, cenniejsza niż dolary. Żołnierze Sowieccy, napojeni solidnie gorzałką, zgodzili się podłączyć  wagony Polaków do swojego składu i tak dotarli do Wołowa. Następnie wozami konnymi ( głównie tzw. drabiniaki ) ruszyli z Wołowa do Lubiąża. Oznaczenie kierunku było bardzo łatwe, ponieważ Lubiąż jako jedyny w promieniu wielu kilometrów, był oświetlony niczym sporej wielkości miasto i łuna była widoczna z odległości wielu kilometrów. Tak mieszkali Rosjanie i gdy przybył transport repatriantów to urządzili Polakom bardzo dobre przyjęcie, nakarmili i rozlokowali po opuszczonych domach, choć ich stan pozostawiał wiele do życzenia, był to już „swój” dach nad głową, a nie bydlęcy wagon i poniewierka.

Drugą zoną była strefa mieszcząca się od dawnej cegielni ( po której obecnie został tylko komin ) przy klasztorze do obecnej ulicy Wojska Polskiego i obejmowała sporej wielkości zamknięty obszar do którego już cywile nie mieli prawa wstępu pod groźbą użycia broni przez wartowników. W dużej mierze były to stajnie i stodoły zaadaptowane na magazyny żywnościowe oraz piękne owocowe sady. Trzecią i najbardziej strzeżoną zoną była strefa obejmująca Klasztor i tereny okalające w bliskiej odległości od pocysterskich zabudowań. Do tej strefy wejście nie było możliwe nawet dla zwykłych żołnierzy Sowieckich bez odpowiedniego rozkazu i przepustki.  W tej strefie mieścił się obóz filtracyjny i być może coś jeszcze.

Nasza Pani opowiedziała nam jak we wrześniu 1947 roku wracała ze szkoły z swoimi dwoma koleżankami i co zobaczyły na własne oczy. Szły chodnikiem przy teraźniejszej ulicy Wojska Polskiego po zakończonych zajęciach lekcyjnych.  Wszystkie mieszkały przy tej ulicy niedaleko od siebie i zawsze razem wracały  do domu.  Tuż przed skrzyżowaniem drogi w kierunku na Lasek Św. Jadwigi, usłyszały krzyki, tętent konia. Zatrzymały się gdy głosy były coraz wyraźniejsze, nie wiedziały co się dzieje, były wystraszone i zdezorientowane.  Ich oczom ukazał się zatrważający widok. Zobaczyły mężczyznę ubranego w piżamę jakby w niebieskie pasy lub być może był to drelich obozowy. Mężczyzna biegł resztką sił uciekając (z wylotu dzisiejszej ulicy Ogrodowej) przed Rosyjskim wartownikiem na wielkim gniadym koniu. Wartownik gdy na skrzyżowaniu dogonił uciekiniera zatrzymał konia i wycelował w jego kierunku karabin. Więzień przebiegł przez drogę, w odległości kilkunastu metrów od naszych dziewczyn ,które stały przywarte do okolicznego płotu jakby chciały się za nim ukryć, sparaliżowane strachem obserwowały całe zdarzenie. Wartownik oddał trzy strzały. Dźwięk wystrzałów był ogłuszający. Po ostatnim uciekający człowiek upadł jak marionetka bezwładnie nie dając znaku życia, a wokół jego martwego ciała pojawiła się ogromna kałuż krwi. Wartownik spokojnie podszedł do ciała, przywiązał sznur do nóg, przyczepił do siodła. Wsiadając na konia spojrzał na wystraszone dziewczynki i krzyknął do nich, że jak zaraz stąd nie znikną  to je też będzie musiał pozabijać Tak pociągnął zwłoki za koniem w kierunku Klasztoru drogą przy ulicy Ogrodowej. Nasze dziewczyny z płaczem udały się pędem do domu. Pani ,która to nam opowiadała, podczas relacji tego tragicznego wydarzenia, miała łzy w oczach i powiedziała, że ten widok pościgu, upadającego człowieka i tego ciągnięcia zwłok zapadł jej do końca życia… To traumatyczne wydarzenie zawsze będzie ją prześladować, jak mówiła, gdyż do tej pory nie miała do czynienia z tak gwałtowną i niezrozumiałą śmiercią jaką poniósł uciekający mężczyzna, który nie miał szans w starciu z konnym Żołnierzem uzbrojonym w karabin. Jak człowiek może strzelać do drugiego człowieka? – pytała, choć jak mówi nigdy nie uzyskała odpowiedzi na to pytanie, swego rodzaju wytłumaczenia. ” To smutne, ale wtedy same bałyśmy się o swoje życie „.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Miejsce obecnie jest również skrzyżowaniem dawnych dróg, uczęszczanym na co dzień przez mieszkańców, czy pojazdy tamtędy przejeżdżające i nie ma żadnego śladu po tamtym zdarzeniu z przeszłości. Jedynie osoby, które to przeżyły noszą owych ludzi w pamięci jak i drzewa, które nie mówią, ale były świadkami, które milczą na temat wszystkiego co widziały. Wraz z Aldoną jesteśmy tam często, za każdym razem w miejscu w którym stracił życie ten więzień – człowiek, wyczuwamy bardzo silną energię, nazywają to pamięcią tła. To coś co czuje się wewnątrz, a co pozwala na jednoznaczne określenie, że mamy do czynienia z miejscem w którym wydarzyło się coś złego.

Niedobrym jest i nigdy tego nie zaakceptujemy, że wojny oraz śmierć  mogą dosięgnąć wszystkich bez wyjątku, oraz, że zwykli ludzie najczęściej płacą najwyższą ofiarę – ofiarę krwi, za błędy innych rządzących światem, ich układy to czyjaś krew, pieniądze na mordowanie.  Nie godzimy się na przemoc, Jesteśmy przeciwko jakimkolwiek organizacjom, które mają tajne zapisy w swym statusie, które mają tajemnice lub które używają fikołków logicznych  zręcznie maskując swe prawdziwe intencje czy działania, bo tajność to unikanie odpowiedzialności! Również jesteśmy przeciwko bezmyślnym przyjmowaniu uchodźców do Europy. Uważamy, że owszem należy pomóc, ale patrząc na dumną historię naszego kraju, nie przyjmujmy uchodźców jak leci,  a dajmy im nadzieję i pomoc aby u siebie walczyli o swój kraj.Nasi bracia i siostry walczyli o Polskę z podziemia nawet wtedy, gdy nie było żadnej nadziei. Odbudowaliśmy ją z gruzów i popiołu, a nie było łatwo. Czemu Ci owi uchodźcy nie zawalczą o swoje domy, historię i rodziny tylko pojawiają się w Europie i żądają poszanowania swoich praw i religii? Czemu nie są tacy uparci i zorganizowani u siebie? Nie jesteśmy rasistami, jednakże jak myślimy wielu z nas chciałaby żeby przede wszystkim Polska był dla swego narodu żywicielką, bezpieczną, dbającą o nasze dobro, po tylu latach walczenia o nią znowu ktoś chce ją nam odebrać wojną podjazdową. Pomagać owszem, ale nie odbierać godności mieszkającym i pracującym dla kraju Polakom żeby dać wszystko za darmo ludziom, którzy nie są w stanie zadbać o swój kraj i swój naród swoją pracą i poświęceniem.

Zapraszamy do naszej grupy na Facebooku – Szlakiem Starej Nowej Historii. Przynajmniej raz w miesiącu organizujemy spotkania na których wymieniamy się informacjami oraz odwiedzamy ciekawe miejsca nie tylko w Lubiążu, ale i okolicy oraz całego Dolnego Śląska. Zapraszamy serdecznie. Dzielcie się swoją wiedzą i pamiątkami, opowiedzmy historię naszego regionu razem!!!

Jeśli podoba się wam to co robimy, wesprzyjcie nas na Patronite Dziękujemy!!

Waldemar Lasik

Lat 41. Mieszkaniec Lubiąża od urodzenia. Pasjonat historii Dolnego Śląska. Fotograf. Filmowiec. Muzyk amator, tworzący na syntezatorach. Bloger otwarty na ludzi, szczery. Obserwator życia dnia codziennego.

www: http://waldeklasik.blogspot.com/

e-mail: lasik.waldek@gmail.com

Reklama
Reklama