Reklama
Reklama

Kuba – wyspa jak wulkan gorąca (cz. 1)

Na Kubę wybraliśmy się z niemieckiego biura podróży. Już od początku nic nie grało. Chociaż rezerwację na lot z Berlina zrobiliśmy wspólnie z naszymi znajomymi w czwórkę, fakturę wystawiono  tylko na dwie osoby. Okazało się, że to dwa ostatnie miejsca w samolocie. My musieliśmy lecieć z Wiednia. Mówi się o niemieckiej dokładności, ale jeszcze na dwa dni przed odlotem, nie otrzymaliśmy żadnych dokumentów podróży. Po wielogodzinnych telefonicznych rozmowach (nikt tam nie rozmawiał po angielsku), dowiedzieliśmy się, że zarówno obiecana w ofercie wiza, jak i pozostałe dokumenty, będą na nas czekały na lotnisku w Wiedniu.

Jechaliśmy więc tam z pełnymi walizami, zupełnie na ślepo. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że obiecanej wizy nie ma, ale możemy ją kupić na lotnisku w Dortmundzie, gdzie mieliśmy międzylądowanie. Tak też się stało. Z żalem wspominałam wtedy polskich przewoźników i polskie biura podróży, gdzie zaledwie pięć minut po dokonaniu wpłaty, otrzymujecie umowę, ubezpieczenie i wszelkie dotyczące wyjazdu informacje. No cóż, w niektórych kwestiach to my Polacy, jesteśmy bardziej uporządkowani. Ja po tych doświadczeniach, niemieckim biurom podróży podziękowałam.

Lot na Kubę trwał..
Więcej informacji w najnowszym wydaniu Kurier Gmin!

 

Reklama
Reklama