Reklama
Reklama

“Czekam kiedy każą nam oddać te obrazy Willmanna, niech pani zobaczy, nie ma tu na nie miejsca. Wiszą w bocznych nawach. Nie ma pieniędzy na ich odrestaurowanie. I tak nikt tu ich nie odróżnia, dla mieszkańców Warszawy są obrazami i tyle… Ale tylko proszę mnie nie cytować, bo dopiero miałabym problemy…, bo jak mam pecha, to ktoś to przeczyta, komu się nie spodoba – usłyszałam od jednego z miejscowych szukając w Warszawie obrazów Michała Willmanna wywiezionych z klasztoru pocysterskiego w Lubiążu w latach 40 XX wieku.

I pomyślałam: pecha to miał, ale Michał Willmann. Śmierć jego jedynego syna, któremu chciał przekazać swój dorobek, spalony majątek; po śmieci też nie zaznał  spokoju. Jego zwłoki złożone w krypcie zbezczeszczono wyciągając z trumny.  Odnalezione dopiero w latach 90 i jeszcze raz pochowane. On spoczął, po latach,  w spokoju, ale jego obrazy, które malował przez przeszło 40 lat dla opatów, wywiezione, rozproszone, po całym kraju, częściowo zaginione, nie mają jak na razie szans na powrót do miejsca, w którym powstały, czyli do lubiąskiego opactwa.

 

Kim dla Warszawy jest Willmann? 

W poszukiwaniu obrazów Michała Willmana wywiezionych z klasztoru pocysterskiego w Lubiążu,  ruszyłam do Warszawy. To najczęściej bowiem, tu na Dolnym Śląsku, słychać w różnych gremiach od naukowych po polityczne, iż to “warszawka” nie chce oddać  nam dzieł wielkiego artysty. W Warszawie  spotkałam się z kilkoma księżmi, konserwatorami zabytków i co ?

Chcesz wiedzieć więcej … ? Ciąg dalszy artykułu na eprasa.pl oraz w najnowszym wydaniu Kuriera Gmin

 

 

Historia Michała Willmana

Reklama
Reklama