Reklama

Życie na walizkach cz.1
Oboje z mężem podróżujemy od 18 lat. Na początku te wyjazdy były ucieczką przed stresem i problemami, ale z czasem stały się naszą ogromną pasją.

W dobie tzw “tanich lotów”,  jest to dużo łatwiejsze, ale ja jestem specjalistką od łapania okazji w tzw opcji “last minut”. Moi znajomi czasami łapią się za głowę, gdyż niejednokrotnie, w stosunku do innych uczestników latamy za połowę ceny. Wylot niestety czasami już za dwa dni. Nauczona wieloletnim doświadczeniem, wiem, że nie ma na co czekać i z okazji korzystam natychmiast. Na szczęście, mój mąż do takich moich pomysłów, zawsze podchodził z radością i entuzjazmem.  Po tylu latach, pakowanie nie sprawia nam już problemu. Im dłużej jeździmy, tym mniej rzeczy ze sobą zabieramy. Właściwie tylko te najpotrzebniejsze. Tak naprawdę, naszych walizek nie chowamy nigdy. Leżą na podłodze jednego z naszych pokoi “oczekując” na naszą kolejną absolutnie nie planowaną podróż. Nigdy nie wiemy kiedy i gdzie polecimy, bo jak to mówią “cena czyni cuda”. Jedni mają drogie samochody inni stylowe meble, a jeszcze inni markowe ciuchy. My tego nie mamy, ale każdy odłożony przez nas grosz odkładamy na naszą kolejną podróż. W taką podróż chcielibyśmy Was zabrać.

KAMBODŻA

Kraj w którym żyje się za jednego dolara.

Kambodża zawsze kojarzyła się nam z przemocą i ludobójstwem, dlatego z niedowierzaniem podchodziliśmy do relacji naszych znajomych (podróżników), że to piękny i warty zobaczenia kraj. Nadarzyła się okazja żeby to zweryfikować. Jedno z polskich biur podróży obniżyło cenę, prawie o połowę od wyjściowej. Nie było się nad czym zastanawiać.

Granica

Do Banghoku, dolecieliśmy z międzylądowaniem w Dubaju, by stamtąd rozpocząć pięciogodzinną podróż autokarem m do Kambodży.

Pierwsze zaskoczenie przeżyliśmy jeszcze po stronie tajskiej. Na przylegającym do przejścia granicznego parkingu, pod nasz autobus podeszli ludzie dźwigający na swoich plecach duże drewniane wózki .Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam  wśród nich także kobiety. Dla mieszkających na terenach przygranicznych khmerów, czy tajów, przewóz w ten sposób bagażów i innych towarów, to jedyna możliwość zarobienia  pieniędzy. Na te wózki polecono nam zapakować bagaże. Wkrótce, na tym samym parkingu, podszedł do nas niewysokich rozmiarów, ubrany w cywilne ubranie mężczyzna i zebrał od nas paszporty, w które włożyliśmy po 1400 tajskich bathów (45 $). Tyle kosztuje wiza do Kambodży. Byłam przerażona . Cała transakcja załatwiona została na parkingu. Zostaliśmy bez walizek , paszportów i pieniędzy! Na szczęście okazało się, że to znajomy naszego przewodnika. Mężczyzna zniknął i umówił się z nami za godzinę w znajdującym się jeszcze po stronie tajskiej budynku . Część wycieczkowiczów skorzystała ze znajdującego się tutaj fast Fooda, ale skorzystaliśmy z bardzo popularnego w Azji jedzenia  w przydrożnym  wózku . To jedzenie jest najtańsze i  najlepsze! Za pięć złotych można się tutaj naprawdę solidnie najeść.

Godzinę później odebraliśmy paszporty z wbitą w nie wizą. Odprawa paszportowa była zaskoczeniem. W małej salce w długiej zakręconej kolejce stało mnóstwo ludzi.  Przeważnie khmerowie, tajowie, a nawet podróżujące na własną rękę trzy studentki z Polski. W sali było bardzo gorąco. Na dworze temperatura sięgała 38 stopni i przy tak dużej wilgotności powietrza, praktycznie ociekaliśmy potem. Na szczęście służby graniczne, skierowały stojących w kolejce obcokrajowców do osobnego pomieszczenia, gdzie znajdowała się klimatyzacja.

Niezadowolenie widać było na twarzach zniesmaczonych takim postępowaniem tajów i wracających do kraju kmerów. Tutaj odprawa poszła szybko i sprawnie. Przeszliśmy jeszcze przez tzw “ziemię niczyją” i znaleźliśmy się w Kambodży.

CDN

 

Reklama
Reklama
?