Reklama
Reklama

– Ciągle słyszę, jak mówią i piszą o tych którzy napadli, jakby byli bohaterami. A o nas nikt nie pamięta, a piętno tamtych dni noszę w sobie do dziś – mówi pani Teresa, córka strażnika, który został obezwładniony przez włamywaczy. Po ponad pół wieku zdecydowała się opowiedzieć Kurierowi, historię napadu na bank widzianą oczyma dziecka strażnika.

– Wie pani, to jest ciągle we mnie. Budzę się w nocy i myślę, co musieli przejść moi rodzice? Mama była silną kobietą, ale takie rzeczy złamią każdego – zaczyna opowieść pani Teresa, córka Mariana, który podczas sławnego napadu na bank w Wołowie, miał nocną zmianę. Był strażnikiem głównego sejfu. Ten dzień zmienił bieg życia całej jego rodzinie.

 

 

Powrót taty

 

19 sierpnia 1962 roku obrabowano placówkę Narodowego Banku Polskiego. Był to największy skok na sejf w historii PRL. Złodzieje byli zwykłymi mieszkańcami Wołowa, ponoć potrzebowali pieniędzy, bo w domach im się nie przelewało. Na pomysł obrabowania oddziału wpadli na jeden z zakrapianych imprez. Na początku potraktowali to jako żart. Chcesz wiedzieć więcej ?

Tego dowiesz się w najnowszym numerze tygodnika Kurier Gmin w twoim kiosku lub na eprasa.pl

 

Takim samochodem uciekli sprawcy napadu

 

Reklama
Reklama