Reklama
Reklama
Reklama

Rozgrywane w czerwcu na polskich boiskach EURO U-21 miało być imprezą udowadniającą, że za plecami Roberta Lewandowskiego i reszty idzie nowa fala znakomitych futbolistów, którzy nie tylko utrzymają seniorską reprezentację na wysokim poziomie, ale jeszcze bardziej pchną ją do góry, lub przynajmniej ugruntują jej markę i pozycję. Niestety, po raz kolejny okazało się, że zespół Marcina Dorny był futbolowym nadmuchanym balonem, i w starciu z piłkarską przyszłością reszty Europy pękł z hukiem złośliwych komentarzy Tomasza Hajty, z którym tym razem raczej wypada się zgodzić. Potok żółci lejący się z ust byłego zawodnika w trakcie każdego meczu naszej reprezentacji zmusza do zastanowienia się nad pytaniem: jaka jest faktyczna sytuacja naszego futbolu w jego młodzieżowych kategoriach? Wydaje się, że choć nie jest rewelacyjnie, to jednak nie jest również tak źle, jak choćby jeszcze kilka lat temu. Na każdym kroku widać bowiem postęp. Organizuje się coraz więcej turniejów, a jak grzyby po deszczu powstają wszelkiego rodzaju akademie piłkarskie – nie tylko przy uznanych sportowych firmach z długą tradycją i wynikami, które zajmują się wyłącznie pracą z młodzieżą i wiele z nich funkcjonuje na naprawdę wysokim poziomie.
Swoimi spostrzeżeniami w tym – i nie tylko w tym, względzie zgodził się podzielić trener Grzegorz Paczkowski – w ostatnich latach szkoleniowiec futbolowej młodzieży w wołowskim MKP, z którą sięgał po naprawdę wiele spektakularnych sukcesów, a po ostatnim zwycięstwie w belgijskim Hageland CUP… pożegnał się z funkcją.

Każdą piłkarską drużynę ocenia się po wynikach. Słabe występy naszej kadry U-21 zmuszają do zastanowienia nad kwestią pracy z młodzieżą w Polsce. Czy naprawdę jest tak źle?
To EURO rzeczywiście było rozczarowaniem, ale taki jest sport, w którym nie wszyscy mogą zwyciężać. Wręcz przeciwnie – większość wcześniej czy później przegra. Porażki są nierozerwalnie związane z futbolem, a cała rzecz polega na tym, aby wraz z nimi się doskonalić, wyciągać wnioski na przyszłość, aż do momentu, kiedy zacznie się wygrywać. Przegraliśmy w słabym stylu, ale myślę, że na podstawie tego turnieju nie można oceniać działania całego systemu. Wprawdzie nie wszystko jest na wystarczająco wysokim poziomie, ale z roku na rok widać w tej kwestii postęp. Coraz więcej ludzi związanych z piłką nożną zdaje sobie sprawę, jak ważna to kwestia i praca z młodzieżą przestaje być traktowana po macoszemu, jako głupi wymóg piłkarskiej centrali, niezbędny do funkcjonowania seniorskich ekip na wyższych poziomach rozgrywek.


Pana praca z młodymi piłkarzami w MKP również rozpoczynała się od porażek?
I to bardzo wysokich. Pamiętam naszą pierwszą wizytę w Świdnicy na międzynarodowym turnieju Silesian Winter CUP, kiedy to w całej imprezie nie zdobyliśmy bramki, a po stronie strat w każdym spotkaniu notowaliśmy co najmniej trzy. W rok później niemal ten sam zespół był już w stanie zremisować z późniejszym triumfatorem całego turnieju – Gwiazdą Ruda Śląska, a jeśli przegrywał, to po wyrównanych meczach i w dramatycznych okolicznościach. Postęp był widoczny gołym okiem i od tamtego momentu zaczęliśmy być częstym go-ściem na turniejach organizowanych na całym Dolnym Śląsku i nie tylko.
Dla wielu, czy to pańskich kolegów po fachu, czy rodziców początkujących futbolistów – udział tak młodych osób w piłkarskich turniejach to niepotrzebne narażanie ich na stres związany z rywalizacją. Praca nad młodzieżą powinna odbywać się raczej w spokoju treningowej murawy.
Znam dzieci, które bardzo przeżywały komplikacje koziołka Matołka w drodze do Pacanowa. Czy nam to się podoba czy nie, ale z życiem nierozerwalnie związany jest stres. Im człowiek szybciej go oswoi i nauczy się sobie z nim radzić, tym lepiej. Rozumiem, że gra w piłkę może powodować emocje, nie zawsze tylko pozytywne – strach przed porażką, jakimś poniżeniem i złośliwymi komentarzami. Ale takie rzeczy na młodych (i nie tylko) ludzi czekają na każdym kroku, za każdym rogiem. Przegrana w piłkarskim meczu może zdenerwować, nawet załamać, ale to wszystko trwa chwilę i nie ma daleko idących konsekwencji. To znaczy negatywnych konsekwencji, gdyż według mnie właśnie uczy radzenia sobie z tego typu problemami, a to jest raczej pozytyw.
Od strony czysto sportowej zaś trudno mi się zgodzić z taką opinią, gdyż udział w turniejach nie wyklucza prze-cież uczciwej i ciężkiej pracy na treningach. Kłopot tkwi moim zdaniem w tym, że nie wszyscy potrafią znaleźć aż tyle czasu, aby w tygodniu sumiennie prowadzić zajęcia, zaś w weekend zabrać drużynę na turniej. Na to naprawdę trzeba mieć sporo czasu i jeszcze więcej pasji. Aby to zobrazować przywołam organizowany we Wrocławiu turniej minimistrzostw Deichmanna. Jako trener uczestniczyłem ze swoją drużyną w tych cyklach 5 razy – dwukrotnie zwyciężaliśmy edycję jesienną, raz graliśmy w finale wiosną, w pozostałych startach bardzo przyzwoite lokaty. Każda z tych imprez rozpisana była na prawie dwa miesiące, a mecze graliśmy w każdy weekend – albo w sobotę, albo niedzielę. Znalezienie szkoleniowca, który w dużej części poświęci pracy z młodzieżą wszystkie swoje kwietniowe i majowe weekendy nie jest rzeczą łatwą. Potwierdza to fakt, że po moich ekipach już żadna z grup funkcjonujących w MKP nie zagrała we wrocławskich minimistrzostwach, a te wciąż cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. W ostatniej edycji udział wzięło ponad 70 drużyn z całego regionu. Możliwość konfrontacji z najlepszymi jest na wyciągniecie ręki, bez większych kosztów, ale… W tym towarzystwie brak wołowian.
Zwycięstwa w minimistrzostwach Deichmanna to były największe sukcesy prowadzonych przez Pana zawodników?
Naprawdę bardzo trudno tak to oceniać. Chłopcy wygrali bardzo dużo zawodów, na wielu grając z bardzo re-nomowanymi rywalami i wskazanie wśród tych imprez tej najważniejszej – nie sposób. Poza tym, nawet kiedy przegrywali, to ich występy stały na wyższym poziomie, niż w trakcie zwycięskich turniejów we Wrocławiu czy Miękini. Tak było choćby w 2012 roku w Opolu, gdzie w finale bardzo mocno obsadzonego turnieju przegraliśmy z łódzkim ŁKS 0-2, ale sam mecz był bardzo wyrównany i przy odrobinie szczęścia to my mogliśmy wy-grać, co po spotkaniu przyznał sam trener przeciwników. Na zawsze pozostanie mi w pamięci również Silesian CUP’ 2014 w Świdnicy. Rok wcześniej młodsza grupa zajęła w tej międzynarodowej imprezie rewelacyjne 3.miejsce, a potem zespół w kategorii U-12 po znakomitych spotkaniach dostał się aż do finału, w którym sptkał się z faworytem, czyli GKS Bełchatów. Zawodnicy nie przestraszyli się renomowanych konkurentów i choć dwa razy rywale wychodzili na prowadzenie, to nam udało się dogonić wynik, a w rzutach karnych to my byliśmy górą. Nie mogę nie wspomnieć w tym miejscu także o dwóch sukcesach na boiskach w Belgii, a szczególnie w pamięci zostanie mi to zwycięstwo z 2016 roku.
Turnieje turniejami, ale nie mogę zapominać również o pojedynczych występach w Dolnośląskiej Lidze Trampkarzy. W spotkaniach z takimi konkurentami jak Śląsk Wrocław, Zagłębie Lubin czy Miedź Legnica wiele razy stanowiliśmy godnego konkurenta i w efekcie udało nam się utrzymać miejsce w regionalnej elicie. To też był duży sukces.


Po drugim zwycięstwie w Belgii rozstał się Pan jednak z drużyną.
Tak, ale nie chcę publicznie komentować takiej decyzji. Powiem może słowami niezapomnianego Romana Wilhelmiego z serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”: – Rząd zrobił jak chciał, a co z tego będzie – zobaczymy. Za spędzonych razem blisko 10 lat jeszcze raz serdecznie dziękuje wszystkim zawodnikom i mam nadzieję, że zostawią mnie w swojej życzliwej pamięci. Moim następcom zaś życzę jak najlepiej – jeszcze większych sukcesów i satysfakcji z pracy.
Czegoś Pan żałuje?
Być może mogliśmy wszyscy działać jeszcze śmielej i stworzyć w Wołowie coś naprawdę dużego i na wiele lat. Sukcesy sportowe wzbudziły zainteresowanie drużyną MKP – zarówno renomowanych rywali (po zwycięskim finale w Świdnicy natychmiast otrzymaliśmy od bełchatowian zaproszenie na organizowany przez nich turniej), jaki i władz miasta, które wspierały nas bardzo mocno. Myślę, że można było pójść krok, a może i trzy dalej i stworzyć w Wołowie futbolową akademię z prawdziwego zdarzenia. Wymagałoby to oczywiście sporych nakładów finansowych, ale patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się, że to się mogło udać. Proszę zwrócić uwagę, że w promieniu 50 km od naszego miasta mamy trzy renomowane szkoły piłkarskie – Śląska Wrocław, Zagłębia Lubin i Miedzi Legnica. Selekcja w nich trwa na bieżąco i średnio co pół roku z każdej z nich wypada 3-4 chłopaków, którzy naprawdę potrafią grać w piłkę, ale z jakiegoś powodu tracą uznanie w oczach szkoleniowej kadry tych placówek. Skreślenie zawodnika w tak młodym wieku często okazuje się wielkim błędem, o czym świadczy choćby przygoda Roberta Lewandowskiego z Legią Warszawa. Myślę, że gdyby udało się nawiązać współpracę z tymi placówkami, to odrzuceni zawodnicy mogliby kontynuować naukę futbolowego rzemiosła w Wołowie. Oczywiście oznacza to sporą inwestycję w infrastrukturę i sztab szkoleniowy, ale w dłuższym okresie czasu z całą pewnością wołowskiej piłce by się to opłaciło. Od razu uprzedzam zarzut, że inwestowane środki szłyby na szkolenie osób z zewnątrz. Z jednej strony bowiem ci chłopcy stawaliby się zawodnikami MKP, zaś młodzi wołowianie mogliby trenować z utalentowanymi rówieśnikami, pod okiem szerokiej kadry zdolnych i wykształconych trenerów, od których z całą pewnością szkoleniowego fachu uczyliby się nasi wychowankowie, którzy zdecydują się spróbować swoich sił na stanowisku trenera. Poza tym każda złotówka wydana na sport dzieci i młodzieży nie jest nigdy stracona.
Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz gratulują odniesionych sukcesów.
To przede wszystkim zasługa całej grupy wspaniałych, młodych ludzi, z którymi miałem przyjemność pracować. Mam satysfakcję, że wielu z nich nauczyło się przy mnie futbolu na tyle, że teraz kontynuują swoją piłkarską karierę w poważniejszych klubach i mam nadzieję, iż już niedługo część z nich pójdzie śladem mojego wychowanka sprzed lat – Krzysztofa Janusa, i razem zobaczymy ich grających na boiskach Ekstraklasy. A może i wyżej.

 

***

Trener Grzegorz Paczkowski pracę z chłopcami z roczników 2001-2003 rozpoczął wiosną 2008 roku. Choć nasz rodzimy futbol daleko był wówczas od miejsca, w którym znajduje się teraz, to jednak zajęcia cieszyły się sporym zainteresowaniem i już wówczas ukształtowała się dość spójna i systematycznie uczestnicząca w tre-ningach grupa małych piłkarzy. Po raz pierwszy skonfrontowali się oni z rówieśnikami z innego klubu jesienią następnego roku, kiedy to w Wołowie gościli wychowankowie wrocławskiego TOP-Talent. Goście dali wówczas naszym chłopcom solidną lekcję i to był dla futbolistów MKP początek długiej drogi, na początku której sporto-wo obrywali dość często i mocno. Z każdej porażki trener Paczkowski i jego podopieczni wyciągali wnioski i wyjazd do Brzegu w marcu 2011 roku przyniósł im pierwsze turniejowe zwycięstwo, w imprezie im. Kazimierza Deyny. Ponad pół roku później (listopad) wołowianie ponownie walczyli w Brzegu i z Turnieju Niepodległości przywieźli brązowe medale, choć bardziej liczyło się dla nich, że nie zdołali ich pokonać późniejsi triumfatorzy imprezy – młodzi piłkarze Cracovii Kraków.
Z każdą kolejną imprezą nasz zespół krzepł, nabierał sił, umiejętności i pewności siebie. Kolejny rok startów zawodnicy MKP rozpoczęli od zwycięstwa w Oleśnica CUP (U-10), w trakcie którego pokonali rówieśników z Zagłębia Lubin i wrocławskiego Śląska. Potwierdzeniem ich rosnącej formy był także turniej w Chorzowie, gdzie w konfrontacjach z czołowymi ekipami Górnego Śląska grali na tyle dobrze, że wrócili z brązowymi me-dalami. Po raz pierwszy wiosną wystartowali w Minimistrzostwach DAICHMANNA, i jako Rumunia dostali się do półfinału, kończąc ostatecznie długi turniej na 4.pozycji. Debiut zakończył się tuż poza podium, ale już w edycji jesiennej Ligi DAICHMANNA nasz zespół (występujący jako Tapiry) okazał się najlepszy. Na zakończe-nie tak udanego roku wołowianie znakomicie zaprezentowali się na futbolowym parkiecie w Łodzi, gdzie osta-teczne zwycięstwo w turnieju Hary CUP przegrali w ostatnich sekundach kończącego zawody spotkania z pa-bianickim Włókniarzem i ostatecznie sięgnęli po srebrne medale.
Kolejny rok startów (2013) nasi coraz więksi piłkarze rozpoczęli w Zabrzu (Zaborze CUP – 6.miejsce), by potem ponownie stanąć do futbolowej walki w Minimistrzostwach DAICHMANNA i po kilku tygodniach rywalizacji drużyna MKP (wystąpiła jako Hiszpania) przegrała dopiero w finale z Irlandią (Polonia Wrocław). Kolejnym – jeszcze większym wyzwaniem, był dla wołowian start w międzynarodowym turnieju Silesian CUP w Świdnicy. Wcześniej nasza drużyna grała w zimowych edycjach tej imprezy i delikatnie stwierdzając – szału nie było, choć występy mocno przyzwoite. Latem natomiast rewelacja: zespół U-10 powrócił z brązowymi medalami, zaś chłopcy z grupy U-12 uplasowali się na 6.pozycji w naprawdę znakomitym towarzystwie. Z bardzo dobrej strony wołowianie pokazali się w Paquito CUP w Kępnie, gdzie uplasowali się tuż za podium. Jesienią powtórka sprzed roku i MKP okazało się najlepszym zespołem w jesiennych rozgrywkach Ligi DAICHMANNA.
Największym sukcesem kolejnego roku startów okazał się sierpniowy występ na świdnickim Silesian CUP, w którym zespół U-12 dotarł aż do finału, w którym po pasjonującym, rozstrzygniętym w rzutach karnych meczu pokonał rówieśników z GKS Bełchatów.
Wraz z upływem lat i rosnącymi umiejętnościami nasz zespół startował w coraz mocniej obsadzonych turnie-jach, ale jego wyniki nie stawały się słabsze. Świadczyć mogą o tym występy w Słubicach, gdzie w wymagają-cym turnieju Colloseum CUP nasz zespół dwukrotnie (20016 i 2017) sięgał po brązowy medal, w obu przypad-kach ustępując miejsca w finale niezwykle mocnej ekipie szczecińskiej Arkonii.
Osobną historię wołowianie napisali swoimi futbolowymi eskapadami do Belgii na turniej Hageland CUP. Roz-poczęło się w 2015 roku, kiedy to drużyna MKP uplasowała się na 6.pozycji. Już wówczas podopieczni trenera Paczkowskiego walczyli z rówieśnikami z Europy Zachodniej jak równy z równym, a w dwóch kolejnych star-tach (2016 i 2017) okazali się już najlepszą ekipą w kategorii U-15.
Wszystkich startów młodych zawodników MKP i ich sukcesów nie sposób tu wymienić. Z całą pewnością na przestrzeni tych lat wołowianie rozegrali blisko setkę turniejów, uczestnicząc jednocześnie w rozgrywkach ligo-wych, w których równie udanie reprezentowali miasto i klub.

 

 

Reklama
Reklama