Bujalscy z Wińska

“Uznając, że powinnością Państwa Polskiego jest umożliwienie repatriacji Polakom, którzy  pozostali na wschodzie, a zwłaszcza w azjatyckiej części byłego Związku Socjalistycznych  Republik Radzieckich, i na skutek deportacji, zesłań i innych prześladowań  narodowościowych lub politycznych nie mogli w Polsce nigdy się osiedlić, postanawia się,  co następuje (…)”

(Preambuła do ustawy o repatriacji z 2000 roku)

Trudno uwierzyć, że cała historia zaczęła się dla gminy Wińsko zaledwie 10  miesięcy temu. Chyba nigdy dotąd sprawy nie działy się tak szybko. Pustostany i wyludnianie się to dwie zmory gminy Wińsko. Opuszczone i walące się  nieruchomości dzielą się na takie, które poszły w prywatne, niestety, nieodpowiedzialne ręce i takie, które wciąż należą do gminy. Do najpiękniejszych i  najcenniejszych gminnych pustostanów należał stary ośrodek zdrowia w Wińsku przy ul. Piłsudskiego i zlikwidowana szkoła podstawowa w Rudawie. Za drogie, żeby znalazły kupca, zbyt cenne, żeby machnąć na nie ręką. Konstrukcyjnie nie nadawały  się na Dom Pomocy, choć zainteresowanych takim rozwiązaniem było wielu. Remont i adaptacja na mieszkania okazały się zbyt kosztowne, żeby było na to stać taką  gminę jak Wińsko. Z drugiej strony: zmniejszająca się liczba mieszkańców, głównie efekt emigracji i przeprowadzek za pracą, słaby stan dróg, brak połączenia z S5  (pomarszczona powiatówka nie nadaje się na poważny transport ciężarowy, brak mostu przez Odrę, bo 15-20 ton nośności powoduje, że przeprawa w Ścinawie to kładka, a nie most. Pełny skład ciężarowy waży 40 ton. Do tego brak połączenia kolejowego. To wszystko powoduje, że nowy inwestor, który produkuje coś, co trzeba wywieść, wybiera sąsiednie gminy, a nie Wińsko.

Dwa minusy dają plus 

Jak połączyć te dwa minusy (pustostany i wyludnienie), żeby wyszedł z nich plus?  – Paradoksalnie pomógł tu poprzedni rząd i jego napastliwość w sprawie uchodźców  – wspomina wójt Jolanta Krysowata – Zielnica. – Dostawałam z ministerstwa  kwestionariusze do wypełnienia: ilu uchodźców z Syrii przyjmie nasza gmina? Ile kobiet, mężczyzn, dzieci? Nie pytali “czy”, ale “ilu”. Nieodmiennie wpisywałam zera we wszystkich rubrykach, ale robiło się niebezpiecznie. Wtedy przyszła myśl.  Zaprośmy naszych! Polaków! Potomków wywiezionych za Stalina z Kresów  Wschodnich za Ural. Tych, którzy nie mieli szansy przyjechać tu w 1945/46 tak, jak większość naszych dziadków. Ustawa o repatriacji pomaga gminom, które zaproszą Polaków zza Uralu. Potomków  wygnańców, zesłańców, represjonowanych, urodzonych w azjatyckiej części byłego ZSRR. Są środki na remonty, adaptacje, wyposażenie mieszkań. Od dachu nad głową, po kołdrę i widelec. Pieniądze na podróż i pierwsze miesiące życia, naukę języka, a przede wszystkim na znalezienie pierwszej pracy. W ostatni dzień marca 2016 roku na sesji rady gminy wszyscy radni podnieśli ręce na tak. Sprowadzamy dziesięć rodzin. Jesienią poprawka. Dopraszamy jeszcze dwie. Mieszkań w starym ośrodku zdrowia i byłej szkole wyszło więcej. W ślad za uchwałą poszły umowy z wojewodą, środki z ministerstwa (blisko 2  miliony złotych). Ruszyły przetargi i prace. ​

Od dachówki po widelec

Inwestycja w Wińsku była mniejsza, ale bardziej skomplikowana. Zabytkowa  wieżyczka na kamienicy ma nietypowy kształt turbanu. Specjalnych giętych  dachówek nie ma w hurtowniach, trzeba je było wyprodukować. To był wyścig z czasem. Dotację ze skarbu państwa trzeba rozliczyć do końca roku kalendarzowego. A pogoda się psuła z dnia na dzień. Przetarg na remont budynku w Rudawie trzeba było unieważnić, bo w kosztorysach pojawił się błąd formalny. Nieznaczny, ale jednak. Czas leciał, a z pracami nie można było ruszyć. Dopiero w październiku zaczęło się szaleństwo. Rudawa zmieniała się z dnia na dzień. Zdążyli. W styczniu prace porządkowe i przygotowania do uroczystego otwarcia. Przyjechał wojewoda Paweł Hreniak,  Ewa Mańkowska i Tadeusz Samborski z Zarządu Województwa Dolnośląskiego. Starostowie, burmistrzowie, wójtowie, dyrektorzy i prezesi….

Mieszkańcy Rudawy przygotowali w swojej świetlicy obiad dla gości na 70 osób.  Już tydzień później, na początku lutego, bus z Wińska stał na Okęciu i czekał na pierwszych repatriantów. Przyjechali nim państwo Halina i Walery Kozłowscy, którzy z Kazachstanu do Krzelowa sprowadzili się już 15 lat temu. Mieli ze sobą transparent “Bujalscy”, żeby znaleźć ich w tłumie na lotnisku. Stali się dla nowych repatriantów pierwszymi tłumaczami języka i życia w Polsce, i Wińska.

Daleko jeszcze?

Pani Halinka dzwoniła z drogi do oczekujących w Wińsku: – Bardzo fajna rodzina, bardzo są za sobą, bardzo porządni ludzie. Dzieci grzeczne…. – Cały czas pytają “daleko jeszcze?” – wtrącił jej mąż Walery do słuchawki. Nic dziwnego, dwie doby byli w drodze. Było już ciemno, gdy bus zajechał przed kamienicę na Piłsudskiego. Wydawało się, że wysiadaniu nie będzie końca. Koperty z kluczami i tłumaczenie, które mieszkanie jest czyje.  Na każdej kuchence garnek z zupą. Ciepły barszcz. Tak jakby właśnie wrócili z pracy albo z wycieczki. Rodzina Bujalskich została zesłana w latach 30-tych za to, że w czasie “wielkiego głodu” na Ukrainie dziadek Jurija zbierał kłosy zboża w polu i wyłuskiwał z nich ziarno. Zebrało się tego 5 kg. Dziadek został wkrótce zastrzelony. Ojciec, jako dziecko, przeżył. Jego syn, czyli Jurij zgłosił chęć repatriacji w 2008 roku. Doczekał się wiadomości, że jest taka gmina w Polsce, której zależy na wielodzietnych, w 2016 roku. Wówczas jego najstarsza córka Ela już studiowała w Polsce medycynę, a syn Dawid dostał stypendium w liceum w Polsce. Pozostali mieszkali razem w kazachskiej wiosce: żona, dwie córki mężatki, z których jedna spodziewała się drugiego dziecka, i piątka młodszych dzieci, które chodziły do szkoły podstawowej. Nie namyślali się długo. Potwierdzili chęć repatriacji. Sprzedali  wszystko (bez względu na to, co to znaczy) i kupili bilety do Polski. Jurij (obecnie Jurek) jest elektromechanikiem, blacharzem i lakiernikiem. Jego zięć Mikołaj pracował na kolei. Nie boją się żadnej pracy. Dzieci uczą się dobrze i lubią sport. Trochę się boją, jak to będzie z językiem, ale już w pierwszy dzień po przebudzeniu w nowym domu, poszły na skróty przez boisko, zobaczyć szkołę. ​

Prawa i obowiązki 

Zameldowali się, podpisali umowy najmu, deklaracje na śmieci, umowy na energię, wodę i ścieki, na ogrzewanie. Uzyskali obywatelstwo polskie w chwili przekroczenia granicy, teraz czekają na odpowiedni dokument. Wiedzą, że to oznacza i prawa i obowiązki. Wiedzą też, że następne rodziny zaczną się zjeżdżać od początku marca, do Rudawy. Teraz oni będą ich witać i tłumaczyć. Tyle, ile się da.

Ewa Balska