“Zaginione złoto Hitlera”. Ta historia łączy się z Lubiążem

Do księgarń trafiła książka “Zaginione złoto Hitlera. Bezpieka PRL na tropie skarbu Festung Breslau”. Jej autorem jest Tomasz Bonek. Opowiadana w reportażu historia dotyczy także Lubiąża. Kurier Gmin pozyskał prawa do publikacji fragmentu.

Fragment książki “Zaginione złoto Hitlera”

Tomasz Bonek

Kreatywny umysł dolnośląskiego Indiany Jonesa połączył wszystkie sprawy. Depozyty ludności, złoto banków, tajemniczy transport kosztowności, który w ostatnich dniach wojny wyruszył z Festung Breslau gdzieś w nieznane, aby mógł zostać ukryty w tajemnym miejscu, dobrze zamaskowana fabryka zbrojeniowa w Lubiążu, skrytki Grundmanna, opowieści tajnego współpracownika Andrzeja, relacjonującego historię rodziny Pohl – to wszystko zaczęło mu się układać w całość.

Pisał więc pisma do przełożonych, w których próbował zachęcić do jak najszybszego rozpoczęcia poszukiwań. Już w 1975 r. rekomendował w jednym z dokumentów, że należy “podjąć czynności penetracyjne w obrębie klasztoru w Lubiążu przy wykorzystaniu sił Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, Wydziału Spraw Wewnętrznych i ewentualnie Wojska Polskiego”. Wskazywał też siebie jako osobę najlepiej nadającą się do realizacji tego planu.

Opowieści te nie spotykały się jednak z większym zainteresowaniem szefostwa oficera. Aż do roku 1979, kiedy to szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej został generał Czesław Kiszczak, nieoficjalnie znany z zamiłowania do poszukiwania skarbów i odkrywania tajemnic III Rzeszy. Wówczas wszystko ruszyło. Przeróżne służby zaczęły szukać depozytów niemieckich w Polsce, głównie na Dolnym Śląsku, dokąd faktycznie Niemcy od 1943 r. przenosili zakłady zbrojeniowe oraz zrabowane dzieła sztuki. Temat Bursztynowej Komnaty poszedł w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w odstawkę. Teraz głównym celem było odnalezienie złota Breslau, zwłaszcza że takie pieniądze byłyby dla chylącego się po epoce Gierka państwa najlepszym lekarstwem. Polska za granicą miała takie długi jak nigdy wcześniej. W sklepach brakowało wszystkiego.

Stanisław Siorek, bo o nim mowa, w wywiadzie udzielonym kilka lat później telewizji mówił:

– Chciałem za wszelką cenę dowieść, że gdzieś tam w tych lochach, czego nikt nie badał po wojnie, znajdują się potężne mogiły, różne zbiorowiska ludzi wymordowanych. Szereg rozmów przeprowadziłem i z dozorcami, i pracownikami klasztoru. Na przestrzeni wielu lat uzyskiwałem po prostu fragmentaryczne informacje, które potem z czasem doprowadziły do złożenia już takiej – i w pewnym sensie dowiedzionej – hipotezy o istnieniu potężnego miasta podziemnego pod Lubiążem. (…)

Siorek w końcu dopiął swego. Jego pisma z analizami, poparte rzekomo długą pracą operacyjną i “faktami”, kierowane najpierw do przełożonych we Wrocławiu, trafiły wreszcie do Warszawy. Wysocy oficerowie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych byli bardzo poruszeni.

11 czerwca 1981 r. generał Jerzy Wojciech Barański, szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego Wojska Polskiego, i Czesław Kiszczak, jeszcze jako szef Wojskowej Służby Wewnętrznej, powołali specjalną grupę żołnierzy, której nadali kryptonim “Karkonosze”. Miała przeprowadzić intensywny i szybki rekonesans potencjalnych miejsc ukrycia rezerw złota oddziału Reichsbanku z Breslau. Polecenie zatwierdził nawet sam generał Wojciech Jaruzelski, dokumenty miały być mu dostarczone na polecenie generała Czesława Kiszczaka.

Do akcji ruszyli m.in. podpułkownik Bogdan Chrobot i major Jerzy Liwski z Wojskowej Służby Wewnętrznej. Ich ludzie szukali dokumentów, wertowali archiwa, w tym kościelne, podając się np. za doktorantów przeprowadzających kwerendę w celu zgromadzenia informacji do prac naukowych. Wszyscy liczyli, że już niedługo dotrą do sztabek, że odkryją wielki skarb.

Ale Siorek chciał skierować warszawską grupę na poszukiwania przede wszystkim do Lubiąża. Ten obiekt znał doskonale i wierzył, że w jego zasypanych podziemiach może być ukryte złoto banków z Breslau. Koloryzował więc coraz bardziej swoje analizy, naciągał fakty. Poszukiwaniom w byłym opactwie cysterskim pod Wrocławiem nadano w końcu kryptonim “Klasztor”.

W listopadzie 1982 r. w Lubiążu rozpoczęto badania. Do opactwa przyjechali grupa majora Liwskiego oraz saperzy z Brzegu. Jednak już wcześniej Siorek postarał się, aby w prace w Lubiążu włączyć mojego informatora, czyli Tadeusza Kaletyna, dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego, z którym od dawna konsultował swoje wnioski dotyczące opactwa. WOAK w tym czasie prowadził swoje ratownicze badania archeologiczne w obrębie klasztornych murów, gdzie szukał średniowiecznych śladów cystersów.

“Znałem pewnego emerytowanego wojskowego, który po tym, jak odszedł na emeryturę, został uznanym radiestetą. Karola Tomalę, bo tak się nazywał, podejmowałem kolacją u siebie w domu. Byliśmy też razem w Lubiążu. Oglądaliśmy mapy, a on mówił, że meandrująca tu Odra utrudni badania i wydzielenie anomalii, ale podejmie się tego zadania” – opowiadał Tadeusz. – “Tomala w towarzystwie Liwskiego, porucznika SB Krystiana Skwary, współpracownika Stanisława Siorka i kilku archeologów z WOAK za pomocą różdżki wskazał, że pod klasztornym dziedzińcem mogą znajdować się piwnice, a przy północnej ścianie kościoła groby. Nie było lochów ani żadnych komór, czy nawet studni. Znaleźliśmy tam średniowieczne relikty klasztorne, sześć ceglanych pieców do wypalania płytek posadzkowych i cegły, pozostałości barokowej piwnicy i fontanny. Były też ślady grobów z czternastego wieku” – relacjonował Tadeusz.

Wstępne badania przeprowadzone przez archeologów i radiestetę nie zniechęciły poszukiwaczy z WSW i Siorka, mimo ewidentnie negatywnych wyników. Zeznania świadków zgromadzone przez majora SB dawały jednak nadzieję na znalezienie tu skarbów, więc obiekt wpisali na listę miejsc do dalszej penetracji.

W Lubiążu ostro działali też saperzy z Brzegu. Szukali pozostałości po fabryce zbrojeniowej: kabli telefonicznych, przewodów elektrycznych, no i oczywiście ewentualnego zaminowania ukrytych komór. (…)

Poszukiwacze więc znów pracowali w Lubiążu z radiestetą Tomalą (…). Aby nie wzbudzać podejrzeń, ministerstwo zdecydowało, że wszelkie zamówienia do firm zewnętrznych będą przechodzić właśnie przez WOAK, kierowanego przez zaufanego Kaletyna. Ośrodek dostał na to specjalne pieniądze. Wówczas okolice klasztoru przebadano bardzo dokładnie, weryfikując każdą anomalię wskazaną przez różdżkarza. Większych rozbieżności jednak nie wykazano, a wyniki nie sugerowały istnienia jakichkolwiek wielkich podziemnych zabudowań ani w opactwie, ani w okolicach tzw. Lasku św. Jadwigi, choć świadkowie Siorka wskazywali, że mogło być zlokalizowane wejście do ogromnej zamaskowanej fabryki zbrojeniowej.

Na terenie samego klasztoru nie znaleziono też wejść do pomieszczeń, gdzie mogłyby być ukryte skarby, z wyjątkiem dwóch, znajdujących się za windą na II i III piętrze klasztoru, zasłoniętych ściankami działowymi, po rozbiciu których odnaleziono sterty starych książek i trochę dokumentacji konserwatorskiej z lat 60. XX wieku. (…)

Przełom nastąpił 26 listopada 1982 r. Jeden z żołnierzy wsiadł do szoferki koparki i zaczął kopać na terenie przyklasztornego ogrodu. Z głębokości około dwóch metrów wyciągnął walcowate naczynie szczelnie wypełnione srebrnymi i złotymi monetami. Było ich ponad 1350, ale grupa “Karkonosze” do odkrycia nikomu spoza swojego środowiska się nie przyznała. Podpułkownik Bogdan Chrobot zadzwonił do Warszawy, by zgłosić znalezisko przełożonym. Równocześnie podjął decyzję, by przewieźć monety do Zarządu WSW we Wrocławiu. Po drodze wstąpił do siedziby SB i poinformował Siorka o znalezisku. Ten w końcu triumfował, bo jednak coś udało się odnaleźć. Ale nie było to złoto banków Breslau.

Gdzie można kupić książkę?

  • Księgarnia wołowska
  • Księgarnia dolnobrzeska
  • Księgarnie internetowe
  • Allegro