Przemoc w rodzinie. Spowiedź sprawcy

Przemoc w rodzinie to dwie strony – ofiara i sprawca. Dziś historia mężczyzny, który kilkanaście lat gnębił swoją żonę i dzieci. Historia ciekawa, bo opowiedziana oczami sprawcy.

Zawsze byłem nerwowy. Szybko można było wyprowadzić mnie z równowagi. Nawet nie pamiętam, że byłem kiedyś spokojny. Od małego wszystkie sprawy załatwiałem za pomocą siły. Musiałem walczyć o swoje, o szacunek kolegów, o miejsce w rodzinie bo miałem trójkę braci. W zasadzie z nimi biłem się ciągle. Matka nie dawała sobie z nami rady, nie raz obrywaliśmy od niej czym popadnie. Ojciec zmarł gdy miałem kilka lat, w wychowywaniu nas pomagał matce jej ojciec. Dziadek miał mocną rękę, poza tym lubił wypić.

W szkole byłem wyśmiewany, a bo biedny, a bo brzydki, zawsze coś. Żeby się nie śmiali, biłem, więc przestawali ze strachu. Nie byłem jakimś chuliganem, wszyscy chłopcy się tłukli. Ale fakt, byłem w tym dobry. Dla mnie było normalne, że sprawy często załatwia się pięścią.
Ukończyłem zawodówkę, pracowałem jako mechanik samochodowy, poznałem Elę, przyszłą żonę. Ładna, wesoła blondynka. Taka miła, do wszystkich uśmiechnięta. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Randki, pierwsze wspólne wakacje nad jeziorem. Zaręczyny, ślub z małym weselem. Bardzo byłem zakochany. Szanowałem ją, była dla mnie wszystkim. Po kilku latach mieliśmy dwójkę dzieci. Syna i córkę. Wielkie szczęście, dzieciaki zdrowe, mądre. Tak naprawdę niczego nam nie brakowało. Nie byliśmy bogaci, ale mieliśmy dom po rodzicach żony, było zdrowie, praca. No właśnie, dopóki praca była to było jako tako. Nerwy miałem, owszem, ale nigdy nie wyżywałem się na innych. Czasem krzyknąłem, dałem klapsa synowi. Potem nie wiem co się ze mną stało, kiedy przyszło to złe. Może jak straciłem pracę, potem następną. Zacząłem trochę popijać. Straciłem autorytet u żony, dzieci. Przestałem sobie radzić z emocjami, ciągle chodziłem zły. Obwiniałem wszystkich o złe życie. A to nieżyjącego ojca, matkę starowinkę, żonę, dzieci, kolegów, los. Każdy był zły, nikt nie był mnie wart.
Pierwszy raz uderzyłem Elę podczas kłótni, gdy wypomniała mi, że mnie utrzymuje. Że jestem do niczego. Nie wytrzymałem. Ulga była chwilowa, potem były przeprosiny, obiecywałem, że więcej nie uderzę. Uderzyłem jeszcze wiele razy. Biłem kilkanaście lat. Zawsze po alkoholu. Ela kilka razy odchodziła, potem wracała. Dzieci się mnie bały, zdarzyło się je poszarpać. Wtedy tłumaczyłem sobie, że mam rację, że jeśli ktoś nie rozumie normalnie to trzeba siłą. Nie rozumieli, że jestem zmęczony, że chce mi się alkoholu, że mam kaca, że nie chcę pracować.
Pewnego dnia po wielkiej kłótni, gdzie syn stanął w obronie żony, Ela spakowała się, zabrała dzieci i odeszła. Nie wróciła po kilku dniach jak zawsze. Czekałem, najpierw nic sobie z tego nie robiłem. Potem już wyzywałem ją w myślach, od najgorszej, że jak mogła mi to zrobić. Potem przyszła taka złość, że zacząłem jej szukać, aż znalazłem. Robiłem awantury, śledziłem. Przychodziłem pod szkołę dzieciaków aby namówić je na powrót do domu. Raz byłem tak pijany, że wywróciłem się przed córką i jej koleżankami.
Nic nie wskórałem, rodzina nie wróciła. Dzieci się mnie wstydziły. Raz spotkałem się z żoną, powiedziała, że składa pozew o rozwód. To był moment, w którym poczułem że tracę wszystko. Dom bez nich był tylko ścianami, sufitem. Bałem się, że ich nie odzyskam. Ale nadal nie wiedziałem co tak naprawdę zrobiłem złego.
Ela dała mi warunek. Terapia. Leczenie alkoholowe i zmiana zachowania.
Znalazłem miejsca, które przyjmowały takich jak ja. Zacząłem terapię od alkoholu. Nadal ją kontynuuję. Poszedłem na spotkania dla osób stosujących przemoc wobec rodziny. To spotkania grupowe. Na nich dowiedziałem się, że to, co robiłem było przemocą. Że nie mam prawa wyzywać żony, sprawiać jej bólu psychicznego i fizycznego. To samo dotyczy dzieci. Bałem się tych spotkań bo na nich musiałem się otworzyć i rozmawiać o rzeczach, które bolały mnie od zawsze. Nauczyłem się jak radzić sobie ze złością, jak nie dopuścić do awantury. Wiem już, że to tylko moja odpowiedzialność, mój wybór jak będę się zachowywać. Dziś walczę o rodzinę. Gdy czuję, że ponoszą mnie nerwy idę na długi spacer, na basen. Nie piję już kilka miesięcy, lub tylko kilka miesięcy. Do picia mnie nie ciągnie tak bardzo, ale nie przerywam terapii. Wolę chuchać na zimne. Chcę być szczęśliwym człowiekiem. Poprzez ciągłą złość i agresję nie umiałem być szczęśliwy.