Hania to najcięższy przypadek koronawirusa wśród dzieci. Dziewczynka nadal walczy o zdrowie

Sześcioletnia Hania z Sycowa w kwietniu wraz z mamą zachorowała na koronawirusa. Do dziś nie wróciła do zdrowia. Lekarze określili jej przypadek jako najcięższy wśród dzieci. W czasie leczenia okazało się, że szpik dziewczynki przestał pracować.

W kwietniu 2020 roku świat Hani wywrócił się do góry nogami. Dziewczynka zaczęła gorączkować, a jej ciało pokryły wybroczyny. Następnie trafiła do szpitala w Kępnie, gdzie pobrano jej mamie i jej wymaz. Wyniki były jednoznaczne – pani Julita i Hania zostały zakażone koronawirusem. Kolejne badania wykazały, że dziewczynka ma bardzo niski poziom płytek, dlatego konieczne było przetaczanie krwi.

Dziewczynka trafiła do Poznania, gdzie stwierdzono u niej nieprawidłowości w szpiku kostnym. Mimo kilku biopsji, lekarze nie dostrzegli komórek nowotworowych, ale podejrzewali, że pacjentka cierpi na białaczkę. Konieczne były badania genetyczne. Pewne było jednak, że szpik Hani zapadł w aplazję, za którą odpowiedzialny był wirus SARS-CoV-2. – Hania jest jedynym dzieckiem w Polsce, które tak drastycznie przeszło zakażenie koronawirusem – wspomina mama. – Jej stan z dnia na dzień ulegał pogorszeniu.

To nie był jednak koniec walki o zdrowie i życie dziewczynki. Okazało się, że jej szpik jest bardzo wyniszczony. Lekarze stwierdzili u niej aplazję. – Gdy dziecko ciężko przechodzi grypę lub – jak w naszym przypadku koronawirusa – czasem szpik przestaje pracować. Powinien jednak zacząć się odbudowywać, gdy dziecko zaczyna zdrowieć. U Hani niestety do tego nie doszło i konieczny był przeszczep szpiku – przyznaje mama Hani.

Dziewczynka przeszła także bardzo wyniszczającą chemioterapię. Obecnie leży w szpitalu i przyjmuje leki, które mają sprawić, że jej organizm nie odrzuci szpiku od niespokrewnionego dawcy. Jej mama nie mogła być dawcą, ponieważ zgodność tkankowa była zbyt niska.

– W karcie choroby lekarze wpisali, że aplazja szpiku została wywołana przez koronawirusa, ale tak naprawdę nikt nie wie, czy tak było. Mogło być też tak, że obie choroby wystąpiły w tym samym czasie – mówi Julita.

W czasie leczenia Hania przyjmowała lek Revolade, który pomaga przy bardzo niskim poziomie płytek krwi. Niskie zarobki mamy sprawiły, że kobieta zwróciła się o pomoc do fundacji „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”. – To lekarstwo nie jest refundowane. Jedno opakowanie kosztuje około ośmiu tysięcy złotych, dlatego zwróciliśmy się o pomoc do fundacji – mówi mama Hani.

Dziewczynka cały czas pozostaje pod opieką fundacji, ponieważ wkrótce znowu może potrzebować drogiego leczenia, które pozwoli jej wrócić do zdrowia. Organizację, która pomaga dzieciom z nowotworami, można wesprzeć TUTAJ.

/źródło: NaRatunek.org; wp.pl/