Młoda kobieta wygrała z rakiem. Dziś pomaga innym

fot Agnieszka Sabat

Małgorzata Bendyk miała 33 lata i szczęśliwe życie. Kochający mąż, piękna córka, dobra praca i dużo planów na życie. Nagle jej świat wywrócił się do góry nogami, diagnoza była bezlitosna: nowotwór złośliwy z przerzutami do węzłów chłonnych. Dziś stara się pomagać innym i organizuje kampanię “Pączek w dłoń, na badania goń!”.

– Jaka była Pani reakcja na diagnozę?

 M.B: W listopadzie na badaniach USG kontrolnych usłyszałam diagnozę  nowotwór złośliwy z przerzutami do węzłów chłonnych. Usłyszałam wielki krzyk w głowie “Co!? Pół roku temu byłam na badaniach kontrolnych, ktoś się musiał pomylić przecież ja jestem za młoda …” Wiedziałam, że mam w piersiach gruczolakowłókniaki od jakiegoś czasu. Byłam pod kontrolą onkologów i w listopadzie miałam stawić się na wizytę kontrolną. Pod koniec sierpnia wyczułam guzka, który nie znikał po miesiączce. Nie mam żalu do lekarzy, ale zabrakło z ich strony takiego wyczulenia mnie na sytuację, a wręcz słyszałam od nich: spokojnie za pół roku do kontroli. Moja najlepsza przyjaciółka kazała mi natychmiast jechać na USG. Gdybym jej wtedy posłuchała, oszczędziła bym sobie wiele bólu i przede wszystkim strachu.


– Jak zmieniło się życie po rozpoczęciu leczenia?

M.B: Nasze życie od listopada 2018 roku zmieniło się nie do poznania, wszystkie plany i marzenia przestały istnieć. Nasz świat kręcił się od badań do badań, od wizyty do wizyty. Wszystko w jakimś dziwnym letargu. Półtora miesiąca badań, konsylium i plan leczenia: sześć miesięcy chemioterapia, operacja potem radioterapia oraz hormonoterapia. Dopóki miałam włosy to wszystko wydawało mi się, że jest w porządku. Badania wychodziły dobrze, lekarze byli mili i sympatyczni. Na pierwszą chemię pojechałam z lekkim strachem, ale z uśmiechem na ustach, bo pielęgniarki były kochane i ludzie mili. Po pierwszej dawce czerwonej chemii zorientowałam się, że nie jest to SPA. Odczucia są różne, naprawdę trzeba mieć mocny organizm, żeby brać chemię. Po drugiej dawce chemii zaczęły mi wypadać włosy, więc mąż ogolił mnie na łyso i wtedy naprawdę zrozumiałam, że jestem chora. Każde spojrzenie w lustro przypominało mi o chorobie, że już się nie ukryję, każdy będzie widział że jestem chora. Miałam dziwne poczucie wstydu. Czteroletnia córka na mój widok się rozpłakała i bała się do mnie podejść. Wtedy zgolenie włosów wydawało mi się tragedią, było dla mnie bardzo traumatycznym przeżyciem. Dziś w skali tej strasznej choroby wiem, że to było śmieszne i najmniej istotne.

– Co było najtrudniejsze w chorobie?

M.B: W tamtym czasie najbardziej negatywnym uczuciem, które nam towarzyszyło codziennie był ogromny strach. Nigdy nie myślałam z mojej perspektywy, tylko z perspektywy mojej córki. Za każdym razem jak na nią patrzyłam myślałam sobie: “Nie może mnie zabraknąć, ona jest taka mała, tak bardzo mnie jeszcze potrzebuje “. Tak naprawdę ona była moim motorem napędowym w całym leczeniu. Chciałam dla niej prowadzić normalne życie i myślę, że nam się udało.

– Kiedy leczenie zaczęło przynosić efekty?

M.B: Po roku intensywnego leczenia jestem uznana za osobę zdrową, chociaż moje leczenie będzie trwało jeszcze przez 5 lat.  Jest po to, żeby potrzymać ten stan i żeby nie było nawrotu choroby. Jestem bardzo optymistycznym człowiekiem i nigdy nie straciłam wiary w to, że będzie wszystko dobrze. Do całej choroby mam pozytywne podejście, ale prawda jest taka, że gdyby nie rodzina i przyjaciele, to nigdy nie udało by mi się przejść przez wszystko z uśmiechem na ustach.

– Co Pani pomogło w trakcie walki z chorobą?

M.B: Wiem, że jest to oklepane, ale w takich sytuacjach poznaje się ludzi, a ja się nie zawiodłam na moich bliskich. Człowiek jak zachoruje to szuka innego człowiek, który przez to przeszedł, który podzieli się swoimi doświadczeniami i doda otuchy i wsparcia. Mi udało się znaleźć wspaniałe osoby i dlatego wiem jak jest to ważne. 

– W jaki sposób pomaga dziś Pani innym osobom?

 Jak tylko mogę staram się pomagać. Każdy kiedy tego potrzebuje, może się zawsze do mnie zwrócić. Chciałabym zwrócić uwagę młodych ludzi, że rak piersi to nie tylko choroba, która dotyka kobiety po 50. W szpitalu spotykam bardzo dużo młodych ludzi z tą chorobą. Lekarze oraz pielęgniarki otwarcie mówią, że młodych osób chorych  jest coraz więcej. Rak piersi wykryty bardzo wcześnie jest wyleczalny w 100 %, dlatego profilaktyka jest bardzo ważna oraz reagowanie na różne wątpliwości. Lepiej pojechać do lekarza o jeden raz za dużo niż o jeden raz za późno. Organizujemy również kampanię, której hasłem jest “Paczek w dłoń na badania goń”. Kampania odbędzie się 15 października na rynku w Wołowie i ma na celu zwiększenie świadomości na temat profilaktyki raka piersi, a w szczególności zwrócenie uwagi na ten problem młodych kobiet i uświadomienie jak ważne są badania piersi. Wydarzenie organizujemy przy współpracy z Gminą Wołów i piekarni Familijna. Na rynku rozdawana będą pączki oraz różowe wstążki i ulotki informacyjne. Serdecznie zapraszamy!