Objęła stanowisko dyrektorki Wołowskiego Ośrodka Kultury w trudnym czasie, przy ograniczonym budżecie, rosnących kosztach i ogromnych oczekiwaniach mieszkańców. Nie ukrywa jednak, że chce budować kulturę opartą na lokalności, edukacji i współpracy. O hejcie wokół Dni Wołowa, młodzieży, która „nie pasuje”, marzeniach o otwartym domu kultury i planach na przyszłość rozmawiamy z nową dyrektorką WOK-u. Rozmowa z Anną Stelmarczyk-Matraj, nową dyrektorką Wołowskiego Ośrodka Kultury
- Jest pani nową dyrektorką, ale jednocześnie przez lata pracowała pani w Wołowskim Ośrodku Kultury. Czy dziś patrzy pani na lokalną kulturę inaczej?
- I tak, i nie. Przede wszystkim nie jestem tu nowa. Pracuję tutaj już jedenaście lat, z krótką przerwą, więc znam to miejsce bardzo dobrze. Ale rzeczywiście rola dyrektora poszerza perspektywę. Pozwala lepiej zobaczyć całość funkcjonowania instytucji i wiążącą się z tym odpowiedzialność, nawet jeśli wcześniej było się bardzo blisko jej codziennej pracy.
- Czyli zaczyna się patrzeć bardziej przez pryzmat finansów?
- Finanse są bardzo ważne, szczególnie dziś, kiedy koszty usług systematycznie rosną. Dla małych instytucji kultury to duże wyzwanie. Nie można jednak patrzeć wyłącznie przez pryzmat pieniędzy – równie istotne jest dostrzeganie potrzeb różnych grup mieszkańców i próba odpowiadania na nie.
- A są takie oczekiwania mieszkańców, których po prostu nie da się spełnić?
- Oczywiście, takie oczekiwania się pojawiają i to zrozumiałe w przypadku instytucji kultury działającej w różnorodnym środowisku. Wynika to nie ze złej woli, ale z różnych potrzeb i wyobrażeń dotyczących oferty kulturalnej. Ośrodek kultury ma jednak określone ograniczenia – zarówno finansowe, jak i organizacyjne oraz infrastrukturalne. Kultura jest procesem długofalowym, dlatego zmiany i rozwój wymagają czasu oraz stopniowego działania.
- Pierwszy rok to chyba też trochę przejmowanie tego, co już było zaplanowane?
Pierwszy rok to przede wszystkim kontynuacja działań, które zostały wcześniej zaplanowane i są ważne dla mieszkańców. W przypadku dużych wydarzeń plenerowych realizujemy je w ramach istniejących założeń programowych oraz dostępnych możliwości organizacyjnych i finansowych. Naturalne jest też to, że początek pracy w nowej roli wiąże się z porządkowaniem spraw organizacyjnych i przygotowaniem przestrzeni do dalszych działań programowych.
- Tegoroczny line-up Dni Wołowa wywołał sporo komentarzy. Mieszkańcy oczekują dużych gwiazd?
- Takie oczekiwania pojawiają się co roku i są czymś oczywistym przy wydarzeniach plenerowych o takiej skali i rozpoznawalności. Organizacja dużych koncertów wiąże się jednak z określonymi realiami finansowymi i technicznymi – obejmującymi zarówno honoraria artystów, jak i koszty sceny, nagłośnienia, zaplecza technicznego oraz obsługi wydarzenia. W takich warunkach staramy się zachować równowagę między oczekiwaniami mieszkańców a możliwościami finansowymi i organizacyjnymi instytucji.
Wspomnę też, że pierwotnie mieliśmy podpisaną umowę z Alicją Szemplińską, jednak w związku z jej udziałem w przygotowaniach do Eurowizji artystka była zmuszona zmienić swoje plany koncertowe. Zmiana nastąpiła na tyle późno, że nie było już czasu na zakontraktowanie innego artysty, ponieważ takie wydarzenia przygotowuje się z dużym wyprzedzeniem.
- O jakich pieniądzach mówimy przy całych Dniach Wołowa?
- To budżet rzędu kilkuset tysięcy złotych. Warto podkreślić, że znaczną jego część – około 60 procent – stanowią koszty organizacyjne związane z realizacją wydarzenia, takie jak scena, nagłośnienie, oświetlenie, zabezpieczenie czy obsługa techniczna.
Wynika to ze specyfiki dużych wydarzeń plenerowych, które wymagają zapewnienia pełnego zaplecza technicznego, najczęściej w formie wynajmu.
Im bardziej rozpoznawalny artysta, tym rosną nie tylko jego honoraria, ale także wymagania techniczne i produkcyjne, które bezpośrednio wpływają na całkowity koszt koncertu.
- Czyli Wołowa po prostu nie stać na największe gwiazdy jak Dawid Posiadło, Sanah czy Hey?
- Program wydarzeń zawsze musi być dostosowany do możliwości budżetowych instytucji. Warto też podkreślić, że to nie jest sytuacja wyjątkowa dla Wołowa – z podobnymi ograniczeniami mierzy się wiele samorządów, zwłaszcza mniejszych ośrodków. Wynikają one nie tylko z kosztów honorariów, ale również z bardzo konkretnych wymagań technicznych i produkcyjnych.
Jednocześnie warto przypomnieć, że w poprzednich latach na naszej scenie pojawiali się rozpoznawalni artyści, chociażby Smolasty czy Doda. Staramy się więc budować program atrakcyjny dla mieszkańców w ramach realnych możliwości.
W przypadku największych gwiazd, jak Dawid Podsiadło czy Sanah, mówimy już o zupełnie innej skali – to artyści, którzy koncertują głównie w dużych miastach i na największych scenach, często stadionowych. Oczywiście są też marzenia i artystyczne ambicje – i nie ukrywam, że spotkanie z artystami takimi jak Katarzyna Nosowska byłoby czymś wyjątkowym. Na dziś jednak działamy w granicach realnych możliwości.
Z drugiej strony, jako lokalny ośrodek kultury, koncentrujemy się przede wszystkim na całorocznej działalności – zajęciach, warsztatach i wydarzeniach dla różnych grup mieszkańców. To jest nasz podstawowy priorytet.
- I właśnie na tym chce się pani skupić?
- Bardzo mocno stawiam na lokalność. Uważam, że w Wołowie mamy duży potencjał – jest tu wielu muzyków, twórców i artystów, których warto pokazywać i wspierać.
Chciałabym dalej rozwijać ten obszar. Dobrym przykładem są wystawy malarstwa, które od wielu lat stanowią jedną z mocnych stron ośrodka kultury.
Ważnym kierunkiem jest także współpraca z innymi instytucjami. Wspólnie z Wołowską Biblioteką Publiczną aktualnie pracujemy nad jesiennym programem, który łączy nasze kompetencje i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby mieszkańców.
- Czyli bardziej kultura „na dotyk”?
- Dokładnie. Bardzo zależy mi także na edukacji kulturalnej. Chcemy otwierać ośrodek kultury dla dzieci i młodzieży, organizować spotkania z artystami i warsztaty. Ważne jest dla mnie pokazywanie młodym ludziom, że sztuka ma różne oblicza i każde z nich może mieć swoją wartość.
- Dużo mówi pani o młodzieży.
- Bo widzę dużą potrzebę stworzenia dla nich przestrzeni. Dziś wielu młodych ludzi obawia się wyróżniania, pokazania swoich pasji czy zainteresowań. A przecież to właśnie różnorodność buduje kulturę. Chciałabym stworzyć miejsce, w którym młodzież będzie mogła realizować własne pomysły w swobodnej, bezpiecznej atmosferze, bez oceniania.
- Pani sama mówi, że kiedyś też była „inna”.
- Tak. I wiem, jak ważne jest spotkanie ludzi, którzy dają poczucie zrozumienia i akceptacji. Dziś wielu młodych ludzi doświadcza samotności w swoich zainteresowaniach czy sposobie bycia. To może prowadzić do wycofania i trudności emocjonalnych.
Dlatego uważam, że ośrodek kultury powinien być miejscem otwartym – nie tylko na wydarzenia, ale przede wszystkim na ludzi.
- Nawet dosłownie, bo mówi pani, że każdy może tu wejść choćby z ulicy.
- Oczywiście. Jesteśmy instytucją publiczną, dlatego zależy mi na tym, żeby mieszkańcy czuli, że to jest ich miejsce. Że mogą tu wejść, usiąść, zobaczyć wystawę, porozmawiać. Że ośrodek kultury nie jest zamkniętym budynkiem, ale przestrzenią dostępną dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.
- Ale jednocześnie mówi pani bardzo otwarcie o problemach finansowych.
- Tak, ale to szerszy problem dotyczący instytucji kultury w skali całego kraju. Od lat mówi się o stosunkowo niskich nakładach na kulturę, co sprawia, że wiele ośrodków opiera swoją działalność również na środkach zewnętrznych. Dlatego jednym z naszych priorytetów jest aktywne pozyskiwanie finansowania. Już rozpoczęliśmy przygotowywanie pierwszych projektów, które mają wspierać rozwój infrastruktury, wyposażenia oraz oferty programowej.
- Czyli bez grantów dziś trudno rozwijać kulturę?
- W wielu przypadkach tak — środki zewnętrzne są ważnym wsparciem rozwoju kultury, szczególnie w mniejszych miastach. Duże ośrodki dysponują innymi budżetami, co bezpośrednio przekłada się na ich możliwości programowe. Dlatego granty i projekty są istotnym uzupełnieniem działalności instytucji takich jak nasza.
- Wspomniała pani też o przesycie wydarzeń.
- Tak, mam wrażenie, że dziś liczba wydarzeń w przestrzeni lokalnej jest bardzo duża. Organizują je różne podmioty – szkoły, przedszkola, organizacje pozarządowe, instytucje kultury czy parafie. W efekcie kalendarz jest bardzo nasycony, co czasem powoduje nakładanie się wydarzeń. I nie jest to nic złego – raczej naturalna konsekwencja dużej aktywności społecznej.
Dodatkowo dochodzi ogromna ilość informacji w internecie i mediach społecznościowych, gdzie wszystko się miesza. Zdarza się więc, że mieszkańcy mówią, iż nie wiedzieli o danym wydarzeniu, mimo że było promowane. To raczej efekt nadmiaru informacji niż ich braku.
- Czy kultura w małych ośrodkach kultury będzie musiała się zmieniać, aby przyciągać mieszkańców?
- Bardzo bym tego chciała. Nie powinniśmy konkurować z dużymi miastami ani z komercyjną rozrywką – mamy inną rolę do spełnienia. Ośrodek kultury powinien przede wszystkim realizować swoją misję, w tym funkcję edukacyjną i animacyjną.
Zależy mi na tym, żeby instytucja kultury zachowywała wysoki poziom merytoryczny i była przestrzenią wartościowych spotkań, które rozwijają i angażują mieszkańców.
- Co w takim razie przed mieszkańcami jeszcze w tym roku?
- Będą półkolonie w dwóch wariantach, także bardziej budżetowym dla rodziców. Jesienią planujemy koncerty jazzowe, spektakl teatralny, kabaret oraz kolejne wystawy. Powoli się rozkręcamy.
W ofercie znajdzie się też Dzień Dziecka, tym razem w wersji dla młodzieży. Zaprosiliśmy młodych muzyków, którzy mają już na swoim koncie sukcesy, w tym udział w tegorocznych półfinałach programu „Must Be The Music”. Opowiedzą o swojej drodze artystycznej i spotkają się z naszymi nastolatkami. To dla nas ważne, bo pokazuje młodym ludziom realne ścieżki rozwoju pasji.
- Na koniec, czego życzyć nowej dyrektorce Wołowskiego Ośrodka Kultury?
- Przede wszystkim cierpliwości i konsekwencji w działaniu. Bardzo zależy mi na tym, żeby nie zawieść zaufania mieszkańców.
Reakcja po moim powołaniu była dla mnie bardzo budująca — dostałam wiele wsparcia i życzliwości, zarówno od mieszkańców, jak i osób współpracujących z ośrodkiem. Za to wsparcie chciałabym serdecznie podziękować — zarówno tym, którzy byli ze mną od początku, jak i tym, którzy obecnie towarzyszą mi w tej drodze. To daje ogromną motywację, ale też dużą odpowiedzialność.
Równie ważne jest dla mnie wsparcie ze strony władz samorządowych, które daje realne możliwości działania i rozwoju instytucji.
To wszystko przekłada się na bardzo konkretny cel — żeby Wołowski Ośrodek Kultury był miejscem otwartym, dostępnym i bliskim mieszkańcom.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze