Warszawa, Wrocław, Radruż i dziesiątki polskich miast. 11 lipca w całym kraju oddawano hołd Polakom zamordowanym na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. W Wołowie pamięć ma szczególnie osobisty wymiar. Wielu mieszkańców Dolnego Śląska to potomkowie rodzin kresowych. Jednym z nich jest Wojciech Orłowski. Jak mówi, z rodzin Orłowskich, Michalewskich, Lipkowskich i Bernackich zamordowano ponad 100 osób.
11 lipca przypada rocznica Krwawej Niedzieli – kulminacyjnej fali zbrodni dokonanych w 1943 roku na polskiej ludności Wołynia. W 2026 roku po raz kolejny w całym kraju odbyły się uroczystości, modlitwy, apele pamięci, wystawy i marsze. W Wołowie przed pomnikiem kwiaty składali mieszkańcy na czele z przewodniczącym Rady Powiatu Rafałem Zającem. Robertem Sadowskim, wiceburmistrzem, delegacja Piłsudczyków z Władysławem Boczarem i Andrzejem Srogą.
Centralne uroczystości w Warszawie rozpoczęły się mszą świętą w Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Następnie uczestnicy spotkali się na Skwerze Wołyńskim, gdzie odbyły się modlitwa, Apel Pamięci i ceremonia złożenia wieńców.
Jedna z najważniejszych deklaracji padła jednak już tego dnia z ust premiera Donalda Tuska. W Warszawie ma powstać Mur Pamięci z wiecznym ogniem. Mają zostać na nim umieszczone nazwiska wszystkich odnalezionych i zidentyfikowanych ofiar wojen XX wieku na terenach dzisiejszej Ukrainy, w tym ofiar zbrodni wołyńskiej.
– Rzeczpospolita nie zapomni o żadnej z nich – mówił premier.
Zapowiedź ma szczególne znaczenie dla potomków rodzin kresowych, które przez dziesięciolecia próbowały odtworzyć listy zamordowanych krewnych.
Na Dolnym Śląsku obchody mają wyjątkowy charakter. Po II wojnie światowej właśnie tutaj trafiły tysiące Polaków wysiedlonych z dawnych Kresów Wschodnich.
We Wrocławiu uroczystości odbyły się przy Pomniku-Mauzoleum pomordowanej ludności polskiej na Kresach Południowo-Wschodnich przez OUN-UPA. Odegrano hymn, wygłoszono przemówienia i odmówiono modlitwę ekumeniczną.
Na wieczór zaplanowano także Marsz Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej. Jego uczestnicy mieli przejść spod Pomnika Zesłańcom Sybiru na placu Strzeleckim do Pomnika Pomordowanych na Kresach przy ulicy Frycza-Modrzewskiego.
Prezydent Karol Nawrocki oddał hołd ofiarom podczas uroczystości w Radrużu na Podkarpaciu. Mówił o traumie, którą polskie rodziny niosą również w XXI wieku, i o konieczności zachowania prawdy historycznej.
W całej Polsce odbywały się uroczystości przygotowane przez samorządy, organizacje kresowe i Instytut Pamięci Narodowej.
Ale za państwowymi obchodami i oficjalnymi przemówieniami kryją się przede wszystkim historie konkretnych rodzin.
Jedna z nich prowadzi do Wołowa.
Wojciech Orłowski jest potomkiem rodzin pochodzących z rejonów Huty Pieniackiej i Podkamienia. Podczas uroczystości przy pomniku Podkamienia opowiedział o historii swoich najbliższych.
– Moja rodzina pochodzi właśnie z tych rejonów – Huty Pieniackiej i Podkamienia. Z mojej rodziny, Orłowskich, Michalewskich, Lipkowskich i Bernackich, zostało zabitych ponad 100 osób – mówił.
Dla jego rodziny wojna nie zakończyła się wraz z ostatnim wystrzałem. Strach pozostał na dziesięciolecia.
– Każda z moich babć czy ktoś z rodziny, kiedy umierał, zawsze mówił: „Uciekajcie, bo Ukraińcy (nacjonaliści) was zamordują, spalą". Każdy miał takie doły psychiczne – wspominał.
To właśnie takie zdania, powtarzane w kresowych rodzinach przez lata, pokazują skalę traumy tych, którzy przeżyli.
Od 2002 roku Wojciech Orłowski wielokrotnie podróżował na Ukrainę. Jak mówi, był tam około 80 razy. Szukał śladów historii i rozmawiał również z osobami, które inaczej patrzyły na polsko-ukraińską przeszłość.
– Pytałem: pokażcie mi kogoś, kogo Polacy zamordowali. Chciałem zobaczyć kogoś, kto powie: „Tu jest grób mojej babci zabitej przez Polaków". Przez te wszystkie wyjazdy nikt mi takiej osoby nie pokazał – opowiadał.
Orłowski mówił wprost o dysproporcji, którą dostrzega w opowieściach o wydarzeniach na Kresach.
– Zginęło około 100 tysięcy osób, bardzo brutalnie wymordowanych – podkreślał.
Podczas jednej z podróży Wojciech Orłowski spotkał w kościele w Sarnach Polkę mieszkającą na Ukrainie. Do rozmowy doszło już po rozpoczęciu obecnej wojny.
– Powiedziała mi: „Tutaj w Polsce, jestem dla was kacapką, a wracam tam z powrotem". Mówiła, że jej dzieci i wnuki będą już wychowywane tutaj, ale ona czuje się tam lepiej. Tam ma groby swojej matki i swoich bliskich – relacjonował.
Jak twierdzi Orłowski, wielu Polaków żyjących na terenach dawnych Kresów o rodzinnych historiach nadal opowiada po cichu.
– Oni nam mówią to szeptem. Nie mogą tego powiedzieć otwarcie– mówił.
W rodzinnej historii Wojciecha Orłowskiego jest również wspomnienie wydarzeń z 1939 roku. Jego dziadek przeżył.
– Mój dziadek przeżył, bo nie nocował w ukraińskich domach, kiedy "rozsypała" się Polska w 1939 roku. Ci, którzy byli z Poznania czy Kielc i tam nocowali, zostali zamordowani. Trzeba to powiedzieć brutalnie – wspominał Orłowski.
83 lata po Krwawej Niedzieli Polska ponownie przypomina o ofiarach. W Warszawie ma powstać Mur Pamięci. We Wrocławiu mieszkańcy spotkali się przy pomniku i wyszli na Marsz Pamięci. W Radrużu hołd pomordowanym oddał prezydent.
W Wołowie historia Kresów ma twarze ludzi, których rodziny po wojnie rozpoczęły tutaj nowe życie.
Orłowscy. Michalewscy. Lipkowscy. Bernaccy, Żuczkowscy.
Ponad 100 osób z rodziny Wojciecha Orłowskiego.
Jeżeli na warszawskim Murze Pamięci mają znaleźć się nazwiska zidentyfikowanych ofiar, pojawia się pytanie, które dla wielu kresowych rodzin będzie miało ogromne znaczenie: czy znajdą się tam również nazwiska ich bliskich?
– Taka jest moja historia – zakończył Wojciech Orłowski.
I właśnie z takich rodzinnych historii składa się pamięć o Kresach.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze