Kresy Wschodnie to jedno z najbardziej bolesnych i jednocześnie najbardziej przemilczanych doświadczeń XX-wiecznej historii Polski. To nie tylko dawna granica państwa sprzed II wojny światowej, obejmująca tereny dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i Litwy, ale przede wszystkim pamięć ludzi, którzy utracili swoje domy, bliskich i ojczyznę, a po wojnie zostali przesiedleni m.in. na Dolny Śląsk – do Wołowa, Brzegu Dolnego, Wińska czy Lubiąża.
Prawda historyczna o Kresach Wschodnich obejmuje złożony obraz wielokulturowej II Rzeczpospolitej. Przed wojną żyli tam obok siebie Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i przedstawiciele innych narodowości. Po I wojnie światowej ziemie te znalazły się w granicach Polski, tworząc mozaikę kultur, religii i tradycji.
II wojna światowa przyniosła jednak dramatyczne załamanie tego świata. Agresja Związku Sowieckiego 17 września 1939 roku, niemiecka okupacja, deportacje na Syberię, a wreszcie zbrodnie na ludności cywilnej sprawiły, że Kresy stały się symbolem utraconej ojczyzny. Po wojnie tereny te zostały włączone do ZSRR, a setki tysięcy Polaków zmuszono do przesiedlenia na tzw. Ziemie Odzyskane, w tym na Dolny Śląsk.
Szczególnie bolesnym rozdziałem historii Kresów jest rzeź wołyńska – ludobójcza czystka etniczna dokonana w latach 1943–1945 przez OUN-UPA przy udziale części ludności ukraińskiej. Jej celem było stworzenie monoetnicznego państwa ukraińskiego poprzez fizyczną eliminację Polaków.
Kulminacją zbrodni była tzw. Krwawa Niedziela – 11 lipca 1943 roku, kiedy w skoordynowanych atakach zamordowano mieszkańców około 100 polskich wsi. Mordy objęły Wołyń, a następnie Małopolskę Wschodnią. Była to zaplanowana i systematyczna eksterminacja ludności cywilnej – kobiet, dzieci i osób starszych.
W okresie PRL temat ten był przemilczany lub zniekształcany, a pamięć ofiar spychana na margines. Dopiero po 1989 roku możliwe stało się otwarte mówienie o tych wydarzeniach.
O Kresach, Wołyniu i losach kresowych rodzin od lat opowiada Wojciech Orłowski – kresolog, badacz historii i popularyzator pamięci o Kresach.
– Kiedy pierwszy raz pojechałem na Kresy, do Huty Pieniackiej, było nas siedem osób. Potem dziewięć. A w końcu udało się pojechać w 500 osób razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim – na mszę świętą i poświęcenie pomnika Polaków, których w 1944 roku zamordowano. Zginęło tam 1215 osób, a zbrodni dokonała UPA oraz SS Galizien – ukraińska formacja hitlerowska – wspomina Orłowski.
Huta Pieniacka jest jednym z najbardziej wstrząsających symboli kresowej tragedii, ale takich miejsc było setki. Wołyń, Galicja Wschodnia, setki spalonych wsi, tysiące bezimiennych mogił.
Dla wielu mieszkańców Dolnego Śląska Kresy nie są historią z podręcznika. To rodzinne opowieści, przekazywane z pokolenia na pokolenie. To pamięć o dziadkach i pradziadkach, którzy:
bronili Kresów w 1939 roku,
zostali zesłani na Syberię,
przeszli przez szlak ewakuacyjny przez Iran,
walczyli w Palestynie, Libii, pod Tobrukiem,
zdobywali Monte Cassino,
a po wojnie – zamiast wrócić do rodzinnych wsi – trafili do Wołowa, Brzegu Dolnego, Wińska czy Lubiąża.
W swoich materiałach publikowanych m.in. na YouTube Wojciech Orłowski przywraca głos tym ludziom i ich rodzinom – świadkom historii, którzy przeszli przez Syberię, fronty II wojny światowej i powojenne przesiedlenia.
Dziś temat Kresów często staje się przedmiotem sporów politycznych, prób relatywizacji lub przemilczania w imię bieżących interesów. Tymczasem prawda historyczna nie jest kwestią poglądów. Jest zapisem faktów, cierpienia ofiar i losów konkretnych ludzi.
Kresy to nie tylko przeszłość. To fundament tożsamości tysięcy rodzin na Dolnym Śląsku. Pamięć o nich jest obowiązkiem – nie przeciwko komukolwiek, ale w imię prawdy, godności ofiar i uczciwego dialogu o historii.
Bo Dolny Śląsk w dużej mierze został zbudowany przez ludzi, którzy przyjechali tu z Kresów z jedną walizką i pamięcią, której nie dało się zostawić za sobą.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Z historią jest jak z mięsnym pasztetem - nie należy patrzeć jak się go przyrządza
Z historią jest jak z mięsnym pasztetem - nie należy patrzeć jak się go przyrządza