Po kilkudziesięciu latach pracy na rzecz sportu i rekreacji w gminie, Janusz Malik, dyrektor Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji żegna się ze stanowiskiem i przechodzi na zasłużoną emeryturę. Rozmawiamy z nim o emocjach, wspomnieniach i planach na przyszłość.
- MOSiR był pana drugim domem przez tyle lat. Gdy myśli pan o tym momencie, w którym po raz ostatni zamknie drzwi swojego gabinetu i odda klucze – co przeważa w sercu? Uczucie ulgi i zasłużonego odpoczynku, czy może jednak nutka nostalgii, że pewien wielki rozdział się kończy?
- To jest moment, którego człowiek nie potrafi sobie wyobrazić, dopóki naprawdę nie nadejdzie. W sercu mam wdzięczność – za ludzi, których spotkałem, za wydarzenia, które wspólnie tworzyliśmy, za emocje, które przeżywaliśmy. Oczywiście, jest też nostalgia, jak pani zauważyła spędziłem w MOSiRze ponad 33 lata. Każdy dzień zaczynałem z myślą, że pracuję dla mieszkańców, dla dzieci, młodzieży, seniorów, dla wszystkich, którzy kochają sport i rekreację. To była praca, która dawała mi dużą satysfakcję ale myślę, że odpoczynek od wielu codziennych obowiązków też ma znaczenie.
- Zarządzanie obiektami to jedno, ale MOSiR to przede wszystkim tętniące życie, gwar na korytarzach, emocje kibiców i zespół pracowników. Za czym – lub za kim – będzie pan tęsknił najbardziej, kiedy telefon przestanie dzwonić z bieżącymi problemami?
- Najbardziej będę tęsknił za ludźmi. Za moimi współpracownikami, którzy byli dla mnie jak rodzina – zawsze mogłem na nich liczyć, za co im bardzo dziękuję. Za sportowcami, trenerami, działaczami, którzy wkładali serce w każdą inicjatywę. Za dziećmi, które z wypiekami na twarzy startowały w zawodach przedszkolaków i za kibicami, którzy z pasją dopingowali podczas wielu imprez sportowych. Dla mnie nie było różnicy – czy organizowaliśmy imprezę o międzynarodowym formacie, czy zawody dla najmłodszych. Każde wydarzenie traktowałem z taką samą powagą i profesjonalizmem, bo najważniejsi byli ludzie i ich radość. To właśnie za tym będę tęsknił – za energią, którą czerpałem z dobrze wykonanej pracy.
- Patrząc w przyszłość, zostawia pan swoim następcom potężny front robót. W planach na 2026 rok widać modernizację kortów, bieżni, basenu na Wałach czy pływalni krytej. Czy czuje pan satysfakcję, że zostawia firmę w momencie, gdy te zmiany są już zaplanowane i zabezpieczone finansowo? Czy może jest trochę żal, że to już nie pan będzie przy tych inwestycjach "trzymał rękę na pulsie"?
- Satysfakcja jest ogromna. To było wiele rozmów, negocjacji, planowania i szukania środków. Dziś mogę powiedzieć, że MOSiR i jego obiekty, którym dawno należały się modernizacje i remonty są w momencie, gdy przyszłość jest zabezpieczona. Oczywiście, jest odrobina żalu – bo każdy dyrektor chciałby być przy finalizacji takich przedsięwzięć. Ale wiem, że moi następcy poradzą sobie na pewno. Najważniejsze jest to, że mieszkańcy będą mieli nowoczesne obiekty, a sport w gminie będzie się rozwijał. To daje mi spokój i radość.
- Gdyby miał pan wybrać ze swojej pamięci jeden moment – taki, który kosztował pana najwięcej siwych włosów, i taki, który dał największą radość i dumę z bycia szefem dolnobrzeskiego sportu – to co by to było?
- Najwięcej nerwów zawsze kosztowały sytuacje kryzysowe – awarie, które pojawiały się nagle i wymagały natychmiastowej reakcji. Wtedy liczył się zespół, współpraca, szybkie działanie. Ale największą radość dawały mi chwile, gdy widziałem uśmiechy dzieci, które pierwszy raz stawały na podium, albo kiedy nasza gmina gościła sportowców z całego świata i mogliśmy pokazać, że potrafimy zorganizować wydarzenie na najwyższym poziomie. Duma była taka sama – czy to przy zawodach przedszkolaków, czy przy międzynarodowych turniejach. Bo dla mnie każdy człowiek, każdy uczestnik był ważny.
- Przez te wszystkie lata nasze drogi – pana jako dyrektora i naszej lokalnej gazety – krzyżowały się bardzo często. Zawsze mogliśmy liczyć na pana otwartość, telefon był zawsze odebrany, a informacja rzetelna. Jak z pana perspektywy wyglądała ta współpraca z lokalną prasą?
- Media lokalne są nieocenione. To dzięki wam mieszkańcy wiedzieli, co się dzieje, mogli uczestniczyć w wydarzeniach, czuć się częścią wspólnoty. Zawsze starałem się być otwarty, bo wiedziałem, że informacja to nie tylko komunikat – to budowanie więzi. Nasza współpraca była dla mnie bardzo cenna i wierzę, że razem przyczyniliśmy się do tego, że sport w gminie był obecny w życiu ludzi na co dzień.
- Dyrektorowanie to często życie w trybie ciągłej gotowości. Jaka jest pierwsza rzecz, którą zrobi pan teraz tylko dla siebie, bez pośpiechu i bez oglądania się na grafik? Czy sport pozostanie częścią pana życia? Czym będzie się pan zajmował na emeryturze?
- Pierwsza rzecz? To wspólny wyjazd z rodziną na narty (w pierwszym dniu emerytury). Chcę cieszyć się chwilą, być blisko rodziny. Sport oczywiście pozostanie częścią mojego życia – nie wyobrażam sobie inaczej. Będę kibicem, uczestnikiem, może wolontariuszem przy lokalnych inicjatywach. Chcę nadal wspierać ludzi, bo to oni zawsze byli dla mnie ważni. Emerytura to koniec pracy zawodowej ale również nowy rozdział, w którym będę miał więcej czasu dla bliskich i dla siebie, sercem zawsze pozostanę związany ze sportem i z naszą społecznością.
- Dziękuję, w imieniu swoim i całej redakcji Kuriera Gmin za współpracę, za profesjonalizm i klasę oraz za tę rozmowę. To była czysta przyjemność. Niech emerytura będzie czasem spełnienia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze