Schodzimy do piwnic. Powietrze od razu robi się cięższe, chłodne, wilgotne. Jest zapach starej cegły, ziemi, stęchlizny i czasu, który nie odpłynął, tylko osiadł na ścianach. Pod nogami oryginalna posadzka. Ponad 500 lat historii. Przewodnik, który oprowadza grupę turystów po obiekcie w ramach zwiedzania "Poznaj Lubiąża tajemnice od strychu po piwnice!", pokazuje mur: główka, wozówka, główka, wozówka. Układ cegieł zdradza późny gotyk. Niby tylko cegła. A jednak w klasztorze pocysterskim w Lubiążu każdy szczegół coś mówi.
To jest właśnie siła tego miejsca. Wielkie pocysterskie opactwo nie opowiada wyłącznie przez monumentalne sale, barokowe freski i fasady. Ono mówi przez drobiazgi: układ cegły, ślad po palenisku, drewniany kołek w belce, znak ciesielski wyryty wysoko na strychu, cysternę na wodę ukrytą nad biblioteką, dźwig towarowy, który działał jak wielkie drewniane koło.
Wchodzimy w świat cystersów, ludzi, bez których klasztor w Lubiążu nigdy nie stałby się tym, czym jest.
To oni przyszli tu w XII wieku i stworzyli miejsce, które przez stulecia było czymś więcej niż klasztorem. Było gospodarstwem, centrum wiedzy, modlitwy, organizacji, pracy i inżynierii. Cystersi budowali tak, jakby myśleli nie o jednym pokoleniu, ale o setkach lat.
Najmocniej widać to na strychu. Wchodzimy z grupą turystów coraz wyżej. Po oryginalnych modrzewiowych schodach. Drewno skrzypi, ale trwa. Nad nami konstrukcja dachowa z 1710 roku. Ogromne belki, potężne wiązania, zaciosy, drewniane kołki. Bez metalowych gwoździ. Wszystko dopasowane tak precyzyjnie, że po ponad trzech wiekach nadal stoi.
To nie jest zwykły strych. To lekcja dawnej inżynierii.
Belka wchodzi w belkę. Kołek trzyma drewno. Znaki ciesielskie podpowiadały dawnym majstrom, jak układać konstrukcję. Niektóre były zapewne instrukcją, inne może podpisem ludzi, którzy tu pracowali. Po tylu latach wciąż można je zobaczyć. Małe kreski, symbole, ślady ręki człowieka.
I wtedy dociera do nas, że historia Lubiąża nie jest abstrakcją. Ona jest fizyczna. Można jej dotknąć wzrokiem. Czasem niemal dłonią.
Idziemy od piwnic po strych, trasą otwieraną tylko okazjonalnie. Raz do roku można zobaczyć więcej niż zwykle: chłodne podziemia, dawne cele zakonników, konstrukcję nad kościołem, przestrzenie nad biblioteką. To zwiedzanie nie jest spacerem po pięknych wnętrzach. To wejście pod skórę klasztoru.

W dawnych celach widać, jak żyli zakonnicy. Nie było ich tu nigdy więcej niż około pięćdziesięciu. Mieszkali w celach ogrzewanych kominkami. Jeden kominek mógł ogrzewać kilka pomieszczeń. Starsi i chorzy zakonnicy mieli nawet możliwość słuchania mszy przez specjalne okienka wychodzące w stronę kościoła.
To drobiazgi, ale właśnie one pokazują codzienność cystersów. Nie legendę, nie mit, lecz życie: modlitwę, pracę, chorobę, zimno, ogrzewanie, wodę, jedzenie, organizację dnia.
A potem przychodzi biblioteka.
Dziś to ona jest najważniejsza. Po około 30 latach remontu została ponownie pokazana w pełnej krasie zwiedzającym. Jeszcze nie jest skończona. Ale już teraz robi wrażenie. Wysoka na niemal 12 metrów, długa na prawie 20, z odnowionym freskiem Christiana Filippa Bentuma na suficie.
Stajemy w środku i patrzymy w górę.

Na sklepieniu wiedza spotyka się z wiarą. Są Doktorzy Kościoła, symbole nauki, filozofii, literatury, ekonomii, astronomii, medycyny - tłumaczy przewodnik, a turyści otwierają z zachwytu szeroko oczy. To nie była tylko sala z książkami. To było serce intelektualne opactwa. Miejsce, które mówiło: wiedza jest częścią duchowości.
I znowu wracają cystersi. Bo to oni wiedzieli, że bibliotekę trzeba zabezpieczyć. Nad nią zrobili wzmocnioną konstrukcję. Było ogrzewanie. Była wentylacja. Była cysterna z wodą, najpewniej jako zabezpieczenie przeciwpożarowe. Nawet tam, gdzie zwykły turysta nie patrzy, wszystko było przemyślane. Od cegły w piwnicy po belkę na strychu.
Lubiąż zachwyca rozmachem, ale najbardziej porusza precyzją. Tym, że ktoś kilkaset lat temu pomyślał o cieple w sali, o wodzie nad biblioteką, o wentylacji, o trwałości drewna, o tym, jak wciągnąć ciężkie towary na górę. W klasztorze działał dawny dźwig towarowy. Wciąż można zobaczyć jego konstrukcję. Drewniane koło, ramię, okno, przez które wciągano ładunki po zewnętrznej ścianie.
To nie jest romantyczna ruina. To wielka maszyna cywilizacyjna.
Potem przyszła kasata zakonu w 1810 roku. Zakonnicy musieli odejść. Bez wyposażenia. Zakazano im noszenia habitów, zwolniono z przysięgi zakonnej. Zostawili ogromny majątek: wsie, przysiółki, zbiory, narzędzia liturgiczne, książki, instrumenty, numizmaty. Klasztor stracił swoich gospodarzy. A bez gospodarza nawet największe dzieło zaczyna niszczeć.
Był tu szpital psychiatryczny, stadnina, magazyny książek, laboratoria Telefunkena, po wojnie Armia Czerwona. Były kradzieże, zniszczenia, lata bez opieki. Dopiero Fundacja Lubiąż zaczęła zabezpieczać to, co zostało: dachy, konstrukcje, sale, kolejne przestrzenie.
Dziś, kiedy biblioteka po latach znów otwiera drzwi, czuć coś więcej niż radość z udostępnienia kolejnego pomieszczenia. To jest jak odzyskiwanie pamięci. Bo Lubiąż nie powstał sam. Nie jest tylko piękną fasadą nad Odrą. Jest dziełem cystersów, ich wiary, wiedzy, pracy i niezwykłej umiejętności budowania świata, który miał przetrwać.
I kiedy wychodzimy ze strychu, po tych samych modrzewiowych schodach, które trzymają się od setek lat, trudno nie pomyśleć, że w Lubiążu największą tajemnicą nie są wcale sensacyjne opowieści o ukrytych fabrykach i skarbach.
Największą tajemnicą jest to, że to wszystko nadal stoi.
Autor tekstu: Marta Ringart-Orłowska
Fot. Maciej Krysztofek/Kurier Gmin
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze