Małgorzata Tokarz, pedagog na emeryturze nie próżnuje. Kilka lat temu wydała książkę o losach swojej rodziny pt. "A miało mnie nie być", a w tym roku wzięła udział w konkursie na opowiadanie pt.: "Drzewo genealogiczne mojej rodziny." Konkurs związany jest z Dolnym Śląskiem, a ogłoszony był przez Dolnośląską Bibliotekę Publiczną im. Tadeusza Mikulskiego w ramach 11. edycji Targów Książki Regionalnej – Silesiana.
Fragment opowiadania Małgorzaty Tokarz "Szlakiem wrocławskiego tramwaju".
Za każdym razem kiedy wsiadam do tramwaju po metalowych schodkach, siadam przy oknie. Kiwam się rytmicznie mimowolnie wsłuchując się w rytm mojego kochanego miasta Wrocławia. Za każdym razem jadąc tramwajem myślę o swojej rodzinie. Tramwaj jest jedynym wiarygodnym świadkiem jej historii. Mój pradziadek Alfred Stachelski jeździł codziennie od 1983 roku tramwajem konnym, a potem od 1902 roku elektrycznym do pracy na poczcie. Tekla, moja prababcia uczyła swoje dzieci tylko języka polskiego. Dzieci w domu mówią po polsku, mimo, że ich ojciec zna tylko niemiecki. Matka jeździła tramwajem do Domu Polskiego, gdzie organizowane są schadzki wtorkowe, podczas których odbywały się koncerty artystów lokalnych i tych z Polski. Kroniki odnotowały tam występy Władysława Hubermana, Wandy Ladnowskiej, Eugenii Umińskiej, a w latach 1923- 1928, z koncertem przyjechał Jan Kiepura. To też miejsce spotkań świątecznych i okolicznościowych spotkań polskich dzieci. Wrocław dwudziestolecia międzywojennego ma w sobie ducha epoki wraz z symbolem tramwaju. Były wtedy cztery linie tramwajowe oznaczone kolorami i jeżdżące z częstotliwością co pięć minut, bardzo punktualnie. Tramwajem jeździł też do pracy mój dziadek Feliks. Dziś wyobrażam sobie jak mógł wyglądać jego przejazd do pracy na dzisiejszą ulicą Hallera, gdzie mieścił się Konsulat Polski, w którym Feliks od 1921 roku pracował jako pracownik kontraktowy. Feliks kawaler, dumny Polak i syn Polskiego Urzędu Pocztowego. Jednak pozycja, w której znajdowali się Polacy we Wrocławiu po 1918 roku rozkwita pełnym blaskiem. Pracownik konsulatu, społecznik i działacz, kościelny organista i dyrygent chóru Harmonia. Na scenie musiał się świetnie prezentować z batutą w ręku. Miał dobrze płatną pracę i piął się po szczeblach kariery zawodowej i artystycznej. Urszula, jego żona od 1930 roku, roztaczała wokół siebie czar swoimi małymi dłońmi i zawsze eleganckim wyglądem i na zawsze pozostanie dla mnie damą sunącą z dystyngowaną gracją po scenie życia. Zawsze w niedzielę, Urszula z Feliksem i od 1931 roku z ukochanym synem Stefciem, jeżdżą tramwajem na Ostrów Tumski i do Rynku. Idą do kościółka św. Marcina na mszę, a potem obowiązkowo na obiad rodzinny do wybranej restauracji w Rynku. Teściowa Feliksa często im w tych przejażdżkach towarzyszy. Mama Urszuli, Leonarda jest Polką, wrocławianką, kobietą o nietuzinkowej urodzie. Jej urodę podkreślają suknie szyte na wzór francuskich żurnali mody. Lola była kapeluszniczką i szyła kapelusze i także uwielbiała podróże tramwajem. To była dla niej scena, na której prezentowała swoje nowe modele kapeluszy. Stefciu, mój Tato też z rozrzewnieniem wspomina te dobre dla rodziny Stachelskich czasy: "Nasze życie było dostatnie, mieszkaliśmy w pięknym, czteropokojowym mieszkaniu na Lotlinger Strasse, obecnie na ul. Srebrnej, na zbiegu ulic Zaporoskiej i Powstańców Śląskich. Z balkonu oglądałem przejeżdżające ulicami miasta tramwaje, co to była za radość i frajda dla małego chłopca."
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze