13 grudnia, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wracają wspomnienia ludzi, którzy w tamtym czasie nie bali się przeciwstawić totalitarnemu systemowi.
W rozmowie z Wojciechem Orłowskim Wiesław Fiszer, psycholog ze szpitala w Lubiążu i działacz Solidarności, opowiadał kilka lat temu o jednej z najbardziej niezwykłych akcji opozycji w Polsce – wołowskiej "Kolczatce". Dziś z okazji kolejnej rocznicy, która minęła przybliżamy te wspomnienia.
To właśnie w Wołowie opozycjoniści rozsypali na ulicach około 200 improwizowanych kolczatek, aby uniemożliwić przejazd transportów pracowników do zmilitaryzowanych kopalń.
Była to jedyna taka akcja w Polsce, która skutecznie sparaliżowała przewóz górników i pokazała, że nawet małe miasto potrafiło rzucić wyzwanie aparatowi PRL.
"Kupiłem buty na wypadek ukrywania się. Ukrywałem się po lasach, buty mam do dziś"
Wiesław Fiszer rozpoczyna swoją opowieść od osobistego, symbolicznego wspomnienia:
– Jak pamiętam ten stan wojenny? Pierwsze, co zrobiłem, to kupiłem sobie buty. Na wypadek, gdyby trzeba było się ukrywać po lasach. I te buty mam do teraz. One wytrzymały. Ukrywałem się wtedy, ale buty zostały.
To krótkie zdanie mówi wszystko o tamtym czasie – strach, niepewność, gotowość do ucieczki, a jednocześnie determinacja, by działać.
"Kolczatka" - wołowska blokada, która zatrzymała transporty do kopalń
Opozycja w Wołowie szukała sposobu, aby wesprzeć górników i ograniczyć skuteczność militarnego nadzoru nad kopalniami.
Wiele osób z okolicznych wsi codziennie dojeżdżało do pracy. Fiszer wyjaśnia:
- Kopalnie były zmilitaryzowane. Gdyby górnicy zastrajkowali, zostaliby wsadzeni. Więc razem z ludźmi z PKS-u i Solidarności wpadliśmy na pomysł, że trzeba zablokować ulice.
Rozsypano około 200 kolczatek na drogach dojazdowych.
Efekt?
- Nie pojechali. Pracownicy nie dojechali do kopalni. W ten sposób zablokowaliśmy jej działalność.
Była to akcja pełna ryzyka, bo milicja i SB natychmiast rozpoczęły działania odwetowe.
Aresztowania - sześciu odważnych
SB zatrzymała w Wołowie sześciu uczestników akcji. Wiesław Fiszer wymienia ich bez wahania: Henryk Bereza, Jan Krasowski, Opacki, Krawiec, Ziętek oraz szósty uczestnik, którego nazwisko również trafiło na listę zatrzymanych.
- Zapudłowano chłopaków. Po pół roku ogłoszono wyroki. Dzięki temu, że ksiądz Bosak przychodził na rozprawy, siedział i patrzył, nie wypadało SB przeginać. Wyroki były zawieszone.
To bardzo charakterystyczna scena tamtego czasu — obecność księdza dawała poczucie bezpieczeństwa, ale też hamowała najbardziej brutalne zachowania funkcjonariuszy.
SB? "Znamy się, ale nie wymieniamy ich nazwisk"
Wiesław Fiszer przyznał, że wielu funkcjonariuszy SB nadal mieszkało w Wołowie:
- Tak, czasem ich widziałem. Dzień dobry to może przesada, ale znamy się.
Nie wymieniamy ich nazwisk.
Nie było jednak przebaczenia – tylko milczące mijanie się na ulicy.
13 grudnia 1981 - dzień, który zatrzymał kraj
Dziś, wspominając lokalnych bohaterów, trzeba pamiętać, w jakich realiach działali.
13 grudnia 1981 roku: na ulicach pojawiły się czołgi, tysiące ludzi aresztowano, wprowadzono godzinę milicyjną, odcięto telefony, zakazano strajków i zgromadzeń, kopalnie były objęte nadzorem wojskowym, a w całym kraju internowano blisko 10 tysięcy osób.
W takim świecie mieszkańcy Wołowa - młodzi, odważni, często bez żadnego przygotowania - podejmowali działania, które realnie paraliżowały aparat państwa.
Pamięć, która zobowiązuje
Wiesław Fiszer kończy swoją opowieść spokojnie, ale jej wymowa jest mocna: to ludzie z Wołowa pokazali, że nawet w małym mieście można zrobić coś wielkiego.
Dziś, 13 grudnia, wspominamy: odwagę, solidarność, strach i determinację, oraz tych, którzy nie dali się złamać.
To część historii Wołowa, o której warto mówić głośno, bo to historia ludzi, którzy ryzykowali wszystko, aby inni mogli żyć w wolnym kraju.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze