Reklama

Jeśli kiedyś będę w potrzebie, na krioterapię przyjadę do Brzegu Dolnego

30/07/2023 22:05

Czy nie brakuje mu spokoju małego miasteczka? Jakie miejsca odwiedza, gdy wraca w rodzinne strony? I czy kiedyś zamierza wrócić do miasta, w którym się wychował? Na te i wiele innych pytań odpowiada znakomity aktor, Cezary Żak w rozmowie z Agatą Grzelińską

Zwykło się myśleć, że wielką karierę aktorską robi się w wielkim mieście, a nie w takich małych miastach, jak na przykład Brzeg Dolny. Nie brakuje Panu czasami atmosfery takiego miasteczka?

Teraz nie, ale myślę, że będzie mi brakowało, gdy przejdę na emeryturę. Na pewno będę unikał dużego miasta, bo ono mnie po prostu męczy. I tak nie mieszkam w centrum Warszawy, ale na jej przedmieściach – w lesie. Ciągnie mnie więc jednak na wieś, czy – mówiąc inaczej, do mniejszych skupisk. Ale mam przyjaciół, którzy nie wyobrażają sobie życia poza centrum wielkiego miasta.

Reklama

Czasami miewa Pan myśli, by rzucić Warszawę i wrócić do małego Brzegu Dolnego?

Do Brzegu na pewno nie wrócę. Moja przystań jest tu – pod Warszawą lub na Mazurach, gdzie mam teraz drugi dom. Tam jest jeszcze bardziej dziko niż w Brzegu Dolnym, a na dodatek mam świeże powietrze i blisko do wody. Do Brzegu przyjeżdżam kilka razy w roku, bo odwiedzam mamę i brata. Zawsze wpadam do rodzinnego miasteczka z sentymentem.

Co Pana tu właściwie przyciąga? Rodzina – to oczywiste, ale co poza tym?

Stare kąty, które się nieustannie zmieniają. Za to zresztą zawsze podziwiałem Brzeg Dolny, że to było takie miasto, które się ciągle bardzo zmieniało i dalej zmienia. Widzę to doskonale, porównując z nim podwarszawskie miejscowości – takie jak ta, w której mieszkam, gdzie nie mam kanalizacji. W Brzegu Dolnym to nie do pomyślenia! Mój brat zawsze opowiadał, że gdy tu zaczynają stawiać osiedle domów, najpierw miasto buduje kanalizację i zapewnia bieżącą wodę, a dopiero potem stawia domy. U nas pod Warszawą jest odwrotnie – ludzie budują domy, a potem muszą zbudować jeszcze szamba i drogi. W miejscu, gdzie mieszkam, nie miałem drogi, tylko dukt leśny. Dopiero kilka lat temu pojawił się asfalt.

Reklama

Od razu wyobrażam sobie, co się tam działo po deszczu…

No właśnie! A w Brzegu Dolnym zawsze było odwrotnie. Nie wiem, czy to zasługa włodarzy miasta, którzy wiedzą, jak to się robi, czy może starych, poniemieckich przyzwyczajeń dotyczących tego, jak należy budować miasto. Naprawdę nie mam pojęcia. Natomiast cechą charakterystyczną Brzegu Dolnego było zawsze to, że rozwijał się według jakichś ustalonych norm.

A czy są jakieś szczególne miejsca, które Pan lubi odwiedzać w rodzinnym mieście? Może to jest szkoła, do której Pan chodził albo dawny dom?

Reklama

Nie mieszkałem w tak zwanym Starym Brzegu – tam się właśnie niewiele zmieniło poza pewną liczbą nowych plomb, które zbudowano. Tamtędy lubię sobie przejechać. Swoją drogą, zawsze się śmiałem z mojego wujka, który tak sobie przejeżdżał przez stare, brzeskie kąty, a dzisiaj robię dokładnie to samo (śmiech). Przejeżdżam i od razu przypominam sobie, jak chodziłem do kina przez park – ku utrapieniu mojej mamy, bo ona nie zawsze mnie chciała puszczać do kina, wiedząc, że trzeba przejść przez ten park.

Dlatego, że to było niebezpieczne?

Reklama

Zdecydowanie.

Ale z drugiej strony ten park jest piękny.

Teraz, ale w czasach, o których mówię, nie był taki piękny – tyle że ja wtedy nie zwracałem na to uwagi. Wtedy on był bardziej dziki, a dzisiaj jest uporządkowany. Wtedy dzisiejsze alejki przypominały raczej przecinki leśne, nie było stawu z fontanną na środku, a dzisiaj wszystko to jest. I właśnie do tego parku chodziliśmy też na wagary – uwielbiałem to: spotkanie klasowe, pierwsze papierosy, dzikość dookoła i daleko od mieszkania rodziców (uśmiech). No i to wspomniane już kino, w którym zobaczyłem największe ówczesne produkcje polskie.

Reklama

To tam się narodziła myśl o aktorstwie?

Nie, ta myśl narodziła się zupełnie przypadkowo i to dużo później. Będąc w Brzegu Dolnym, w ogóle nie myślałem o aktorstwie – sądziłem, że zostanę nauczycielem jak moja mama i połowa rodziny. Takie myślenie wynikało oczywiście z lenistwa...

A jakiego przedmiotu chciał Pan uczyć?

Języka francuskiego, który wtedy dobrze znałem. Ale nie dostałem się na romanistykę, bo mi się nie chciało przeczytać „Placówki” Bolesława Prusa. I dzięki Bogu, że tak się stało! Kiedy dzisiaj oglądam w telewizji na przykład film „Hubal”, „Potop”, „Godzilla kontra Hedora” albo „Płonący wieżowiec”, to od razu widzę salę w brzeskim kinie Odra i tzw. Konia, który stał na bramce i nas... Wie Pani, o kim ja mówię, kim był koń?

Reklama

Pojęcia nie mam...

To był pan bileter o nazwisku Koń i myśmy go nazywali po prostu koniem. On nas wpuszczał na seans albo i nie – jak film był od 18 lat, trzeba było załatwiać z panem Koniem, żeby nas jednak wpuścił. Ewentualnie trzeba się było jakoś się przemknąć – on był chyba słabo widzący, więc mieliśmy w zanadrzu kilka sztuczek, żeby ominąć jego wzrok.

Dawał się Wam namówić na przymknięcie oka, czy raczej był nieprzejednany?

Oczywiście, zdarzało się go przekonać – kilka razy udało mi się wejść na film, który nie był dozwolony dla widzów poniżej 18. roku życia. Nie pamiętam już co prawda tytułów tych filmów, ale w każdym razie były to te najgłośniejsze. „Krzyżaków” pierwszy raz widziałem właśnie w kinie w Brzegu Dolnym, podobnie „Potop” i „Hubala”, który do dziś uważam za jeden z lepszych polskich filmów.

Reklama

Lubiłem też przejeżdżać obok zakładów Rokita, bo mi się bardzo podobały te świecące budowle. Poza tym koło Rokity miała swoją przedwojenną, niemiecką willę pani Robaczyńska, która uczyła mnie gry na fortepianie. Uwielbiałem ten jej dom. Dzisiaj już go nie ma – został chyba wykupiony przez zakłady i zburzony. Żałuję, bo to był przepiękny dom.

Stary, poniemiecki?

To była bardzo stara, przedwojenna willa, pięknie utrzymana w środku. Pani Robaczyńska ze swoim mężem dbała o nią bardzo. Nie wiem, dlaczego zniknęła, bo sąsiadujące z nią wille ciągle stoją (nie pamiętam już, czy wszystkie), natomiast ten dom został zniszczony. Oczywiście z uwagą przejeżdżam też obok pawilonów. Wie Pani, co to są pawilony? Chodziło się na zakupy „na pawilony”. To szereg takich małych sklepików koło Szkoły Podstawowej nr 5. I właśnie „na pawilony” się chodziło na zakupy. Tam była cukiernia, ale nie taka z ciastkami, tylko sklep ze słodyczami i alkoholem. Cukiernia z prawdziwego zdarzenia – w Starym Brzegu, u Bujacza, gdzie się chodziło na lody i pączki. To są właśnie typowe klimaty małego miasteczka.

Reklama

I tak się wtedy mówiło o sklepach, po nazwiskach właścicieli.

Tak było. Bujacz miał wspaniałe pączki! Obok była też (jak pamiętam) pasmanteria i fryzjer – jedyny na osiedlu fabrycznym. Całe moje dzieciństwo chodziłem właśnie tam – najpierw z mamą za rączkę, a potem już sam. Była tam też apteka i sklep mięsny, w którym nigdy niczego nie było – wisiały jedynie puste haki, a czasem stawało się w kolejkach. To znaczy, mama mnie wysyłała, żebym się ustawił w kolejce i kupił kilo kiełbasy zwyczajnej (bardzo dobra była!), a kosztowała wtedy 44 złote – pamiętam jak dziś… I jeszcze obok papierniczy, w którym kupowaliśmy zeszyty. A podręczniki z kolei w księgarni naprzeciw „piątki”. Ona zresztą istnieje do dzisiaj – kiedy tamtędy przejeżdżam, zawsze patrzę, czy jeszcze jest moja ulubiona księgarnia. Lubiłem ją, bo znałem panią właścicielkę – chyba chodziłem z jej synem do szkoły (ale teraz już nie pamiętam dokładnie). Uwielbiałem tam chodzić – nie zawsze po to, by kupować książkę do czytania, ale uwielbiałem zapach książek. Właśnie taki zapach nowych książek zawsze mi się kojarzy z Brzegiem Dolnym i tą księgarnią. To jest jeden z zapachów Brzegu Dolnego – oprócz specyficznego zapachu zakładów Rokita.

Reklama

A jak Pan patrzy dzisiaj na Brzeg Dolny z perspektywy życia w dużym mieście? Stereotyp jest taki, że w małych miastach żyje się trudniej: brakuje rozrywek, jest mniejszy dostęp do opieki zdrowotnej, a szkoły słabe...

Kiedy sobie przypominam, jak w dzieciństwie chodziłem do ambulatorium (jedynego w Brzegu Dolnym – koło Rokity), to pamiętam, że w każdym gabinecie był inny lekarz specjalista. Nie było problemu, żeby przyjść z ulicy i wejść na przykład do laryngologa, bo pani laryngolog (pamiętam ją do dzisiaj) po prostu zawsze tam była. Codziennie dyżurowało też dwóch dentystów, był chirurg, pediatrzy, dermatolog. W czasach mojego dzieciństwa w Brzegu nie było więc problemów z opieką zdrowotną. Poza tym był też szpital miejski, w którym zresztą w czasach licealnych wylądowałem na tydzień.

Reklama

Co się Panu stało?

Kiedy dźwigałem nowo zakupioną pralkę moich rodziców (pierwszą automatyczną!), coś mi się w biodrze ukruszyło i wtedy wylądowałem w tym szpitalu.

Dzisiaj w Brzegu też miałby Pan gdzie szukać fachowej pomocy, zwłaszcza z takimi problemami.

Właśnie, dzisiaj możliwości terapeutyczne i rehabilitacyjne mocno się poszerzyły w moim rodzinnym mieście. Nie umiem powiedzieć, jak funkcjonuje przychodnia w Brzegu Dolnym. Natomiast wiem, że na miejscu działa firma Creator i – jak słyszałem od mamy, która korzysta z oferowanych tam zabiegów fizjoterapeutycznych – ludzie są bardzo zadowoleni z creatorowych usług. Specjaliści z tego ośrodka znają się na rehabilitacji, sprzęt też jest na poziomie. Ja sam jeszcze nie korzystam z pomocy fizjoterapeutów i mam nadzieję, że nie będę musiał (uśmiech).

Ale w razie potrzeby jest w czym wybierać. W Creatorze jest nie tylko fizykoterapia, ale też m.in. rehabilitacja neurologiczna, krioterapia…

Ma pani rację. W sumie ja też się starzeję i pewnie prędzej czy później zapukam do drzwi Creatora, mówiąc: „Dzień dobry, proszę mi krioterapię zrobić”. Podejrzewam więc, że oferta medyczna i rehabilitacyjna jest znacznie bogatsza niż za czasów, gdy ja mieszkałem w Brzegu Dolnym. Dobrze, że są takie firmy lokalne nastawione na wsparcie medyczne mieszkańców.

I że nie trzeba po ratunek jechać do wielkiego miasta. Z tego, co już zdążył Pan powiedzieć, wywnioskowałam, że rodzina też nie dzwoni do Pana, by szukać pomocy w kwestii zdrowia w Warszawie, bo znajduje ją na miejscu.

To prawda, chociaż jedna z moich córek jest lekarzem, więc gdy mają pytania natury zdrowotnej, to do niej dzwonią, a nie do mnie. Ale rzeczywiście, nie ma takiej potrzeby (tu odpukuję w niemalowane), żeby jeździć po skuteczne leczenie do Warszawy czy innego wielkiego miasta, bo w pobliżu prawie wszystko w tej dziedzinie jest dostępne. Zresztą, gdyby czegoś zabrakło w Brzegu Dolnym, wystarczy pojechać do Wrocławia, gdzie wspomniany Creator ma także swoje ośrodki rehabilitacyjne, w tym do specjalistycznej rehabilitacji dzieci o fajnej nazwie Creatorek.

Mali pacjenci są tam też diagnozowani pod katem wad postawy. Dodam, że w Brzegu myśli się też kompleksowo o seniorach. Mam na myśli pobyty wytchnieniowe z rehabilitacją we wspomnianym Creatorze. To zwykle ogromny problem, gdy ma się pod opieką starszą, schorowaną osobę i trzeba na kilka dni wyjechać np. służbowo.

To ciekawy pomysł i duża pomoc dla rodzin, które opiekują się chorą osobą. Myślę, że w naszych czasach wręcz niezbędna. Kiedyś, gdy ludzie żyli w wielopokoleniowych rodzinach, zawsze ktoś był w domu. Teraz potrzebne są takie właśnie rozwiązania. I dobrze, że są też w mniejszych miastach.

Od zdrowia przejdźmy jeszcze na chwilę do dziedziny Panu najbliższej – do filmu. Może nam Pan zdradzić, nad czym teraz pracuje?

O szczegółach mówić nie mogę, bo tak są skonstruowane umowy. Natomiast mogę powiedzieć, że lada dzień zaczynam zdjęcia do sensacyjno-kryminalnego serialu dla Netflixa. Gram w nim jednego z bossów mafii w Polsce. A latem (również dla Netflixa) zrobię jeszcze film obyczajowy – to trochę komedia romantyczna, a cała historia dzieje się na Podlasiu. Ale to będzie nieco mniejsza rola. To wszystko z planów filmowych. Natomiast gram głównie w teatrze i to bardzo dużo, bo 250 spektakli w roku.

Niemal codziennie!

A czasami nawet dwa razy dziennie. Owszem, czasami miewam dni wolne, ale w miesiącu gram zwykle 20–25 spektakli.

Zdarza się Panu grywać albo bywać na spektaklach w okolicy Brzegu, na Dolnym Śląsku?

No pewnie – regularnie gram we Wrocławiu w przedstawieniach, które jeżdżą po całym kraju. Ostatnio jeżdżę z dwoma przedstawieniami objazdowymi. Faktem jest, że grałem dookoła Brzegu Dolnego, ale w samym mieście – nie.

Dlatego, że to duże przedsięwzięcie?

Nie, skoro graliśmy w sąsiednich Obornikach, Śląskich, Trzebnicy Oleśnicy czy Wołowie, to nie jest to takie gigantyczne przedsięwzięcie. Ale jestem daleki od narzekań – ostatnio graliśmy we Wrocławiu i ludzie przyjeżdżali z Brzegu, jak już chcieli zobaczyć i mnie, i przedstawienie, w którym gram. Wszystko przed nami.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości