Opowieści o ludziach, mieszkańcach naszego terenu. Historie pełne zarówno głębokich przeżyć, tajemnic jak i zwykłej prozy życia. Anegdoty z morałem i dowcipem. Wciągająca fabuła, plastyczność opisów, autentyczność postaci. To wszystko w nowej książce "Progi rodzinne" Małgorzaty Tokarz. Zapraszamy do rozmowy z autorką.
Małgorzata Tokarz jest już autorką książki "A miało mnie nie być", która opowiada o niebywałych losach jej rodziny. Pisze też opowieści i historie. Ceni ludzi i ich życie, chce ocalić jak najwięcej od zapomnienia. Książka "Progi rodzinne" to powieść o Wołowie. Zawiera sporo historycznych wątków, szczególnie o zasiedleniu tych terenów.
- O czym są "Progi rodzinne"?
- Jest to książka o ludziach, którzy przyjechali tu do Wołowa ze wschodu w latach 1945 do 1947 i później. Piszę o nauczycielach i lekarzach, których zwerbowano do Wołowa i Brzegu Dolnego. W tutejszych realiach zaznaczył się dr Daszkiewicz- był założycielem tutejszego wołowskiego szpitala i odbierał porody i był chirurgiem ze Lwowa. Ludzie go bardzo szanowali i on też doskonale znał i lubił swoich pacjentów. Gdy trafił do Wołowa, w szpitalu był wspierany przez siostrę Henrykę i siostrę Teofilę z wołowskiego Zakonu Sióstr Boromeuszek. Dr Daszkiewicz tak bardzo angażował się w prace i leczenie, że siostra Henryka także potrafiła przeprowadzić operację wyrostka robaczkowego. Siostry były doskonale wyszkolone w medycynie i nie pozwolił ich sobie zabrać przez ich zakonne siostry przełożone. Mieszkały na stale na strychu szpitala w Wołowie. Takich smaczków w mojej książce jest bardzo wiele.
- Dlaczego wybrałaś właśnie taką tematykę?
- Uważam, że historię tworzy każdy z nas. Każde najmniejsze miasteczko, miejscowość zamieszkują ludzie zasługujący na opowieść. Poza tym wynikło to też z potrzeb samych mieszkańców, którzy wielokrotnie prosili mnie o poruszenie tematu repatriantów ze wschodu. I tak uważam, że moja książka powstała za późno... Wielu z tych ludzi już nie żyje.
- Jaki historie snujesz w "Progach"?
- Są to historie ludzi bez nazwisk- postanowiłam tak aby nie robić nikomu krzywdy- szczęście jednej osoby może być nieszczęściem drugiej. Dzięki temu, osoby opowiadające mi o swoim życiu mogły czuć się swobodnie i być szczere, odważne. Są tam opowieści o Rosjanach, którzy przyjechali po wojnie i o Niemcach, którzy wyjechali w popłochu zostawiając na piecu garnki z obiadem. Występują też autochtoni, polsko- niemieckie małżeństwo, wielodzietne rodziny (z 13 dzieci). W książce piszę o domu publicznym, który mieścił się na ulicy Wrocławskiej w Wołowie, o kobietach, które handlowały wódką "Pod Kasztanami". Wspominam nauczycieli i lekarzy chodzący do knajpy, gdzie ci pierwsi pili setkę pod śledzia, a drudzy, zamożniejsi setę i galaretę.
- Kobiety. Jaką rolę pełnią w twojej książce?
- Bardzo ważną. Dołączyła to "Progów" opowiadania o kobietach, potomkiniach kobiet repatriantek. Każda z nich jest silną osobowością z mocnym charakterem po swoich babciach, a tworzą historię dzisiejszą na naszym terenie. Kobiety najmocniejsza z mocy i bardzo chciałam, aby ich sylwetki były wyraźne i dawały motywacje.
- Podaj, proszę jeszcze jeden smaczek z "Progów".
- A propos smaczku- opisałam także pierwsze wesele w pałacu w Mojęcicach, po wojnie. Był to rok 1950- w pałacu było chłodno, głodno i były ruiny. A ciekawostką jest to, że było mi dane uczestniczyć w weselu, gdzie były wnuczki kobiet, które tu się właśnie osiedliły. Niesamowita historia. Zapraszam wszystkim do przeczytania, gdy tylko książka znajdzie się już na półkach.
- Oprócz tej książki oraz pierwszej "A miało mnie nie być" napisałaś coś jeszcze.
- Tak, stworzyłam jakby poradnik, przewodnik "Podróż za jedną emeryturę. Wołowianka rusza w świat", wydawany dzięki uprzejmości wołowskiej biblioteki. Pozycja obecnie jest w druku.
- Dziękuję za rozmowę i jestem pewna, że wielokrotnie jeszcze powrócimy do twoich opowieści na łamach naszej gazety.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze