Reklama

Pod Lubiążem. Tam, gdzie historia schodzi pod ziemię

01/10/2026 08:39

- Proszę się ubrać. W piwnicach jest chłodno, uprzedza przewodnik. Schodzimy w dół. Zimno czuć niemal od razu. Ale dreszcz, który pojawia się po chwili, chyba nie ma wiele wspólnego z temperaturą. Byłam tutaj już wielokrotnie. Wiem, że nie czeka na mnie złoty pociąg. Wiem też, że historie o gigantycznej podziemnej fabryce, kilometrach tuneli i skarbach III Rzeszy przez dziesięciolecia urosły do rozmiarów legendy. A jednak Lubiąż robi swoje. Wystarczy zejść kilka metrów pod ziemię. Poczuć wilgoć. Zobaczyć stare cegły. Stanąć przed kolejnym przejściem. I wyobraźnia rusza.

To moje kolejne zwiedzanie piwnic pod klasztorem pocysterskim w Lubiążu w ramach "Poznaj tajemnice Lubiąż od strychu po piwnice!". Idę z turystami, obserwuję ich miny, reakcje, ciekawość. Ludzie cisną się do przewodnika, chcą usłyszeć jak najwięcej, liczą, że może tym razem odkryje im nieznaną tajemnicę pocysterskiego opactwa.

Ponad pięćset lat pod stopami

Przewodnik zatrzymuje nas już w najstarszej części. - Proszę zwrócić uwagę na układ cegieł. Główka, wozówka. Główka, wozówka - pokazuje. Węższy bok cegły, potem dłuższy. I znowu. To właśnie mur ma być jednym ze śladów pozwalających datować tę część budowli. Przewodnik zwraca też uwagę na posadzkę. - Ta, po której państwo chodzą, jest oryginalna. Ponad pięćset lat historii. Patrzę pod nogi. Trudno nie pomyśleć, ilu ludzi przeszło tędy przed nami. Cystersi wykorzystywali piwnice gospodarczo. Przechowywano tutaj żywność, prawdopodobnie także wino. Nad nami znajduje się natomiast reprezentacyjna Sala Książęca.

Reklama

I właśnie pod nią zachowały się ślady rozwiązania, które kilkaset lat temu miało zapewnić komfort najważniejszym gościom opata. Przewodnik pokazuje pozostałości instalacji grzewczej. Ogrzane powietrze miało być doprowadzane ku górze i przez otwory w posadzce trafiać do Sali Książęcej. Cystersi potrafili zadbać nie tylko o ducha.

 

Białe fartuchy w pałacu opata

Idziemy dalej. Na podłodzie stoją fotografie. I nagle przeskakujemy o kilkaset lat. Na zdjęciach widać wnętrza Lubiąża z czasów II wojny światowej. Stoły, aparaturę, ludzi przy pracy. Na jednej z fotografii reprezentacyjne pomieszczenie pałacu wypełniają stoły kreślarskie. - Tutaj działał ośrodek badawczy Telefunkenu – opowiada przewodnik. To już nie legenda.

Reklama

Podczas II wojny światowej do Lubiąża rzeczywiście przeniesiono filię Telefunkenu. Zakład funkcjonował pod nazwą Schlesische Werkstätten für Feinmechanik Dr Fürstenau GmbH. Przyjechali tu inżynierowie i mechanicy, którzy pracowali nad niemieckimi systemami radarowymi. W okolicy rozmieszczono również urządzenia radarowe. 

Wśród naukowców związanych z tym ośrodkiem był Herbert Mataré, inzynier i naukowiec pracujący w Lubiążu. Prace dotyczyły m.in. technologii potrzebnych do wykrywania emisji urządzeń radarowych i rozwoju elementów półprzewodnikowych.

Reklama

Patrzę jeszcze raz na ludzi uwiecznionych na fotografiach. Białe fartuchy, stoły, urządzenia. To jeden z tych momentów, kiedy legenda Lubiąża zderza się z czymś znacznie bardziej interesującym: z prawdziwą historią.

Bo tajny ośrodek rzeczywiście tutaj działał. Nie trzeba dopisywać rakiet V-1 i V-2, żeby było ciekawie.

A jednak szukali

Tyle że przez lata ludziom to nie wystarczało. Podziemia miały skrywać więcej. Wejście do ogromnej fabryki. Tunele wychodzące poza teren klasztoru. Depozyty pozostawione przez Niemców. Mogiły więźniów. W latach 80. te historie zainteresowały nawet najwyższe szczeble państwa. Jedną z kluczowych postaci był Stanisław Siorek, funkcjonariusz służb, który przekonywał, że w Lubiążu może istnieć wielka podziemna fabryka zbrojeniowa. Sprawa trafiła wysoko.

Reklama

W 1981 roku powstała specjalna grupa złożona z wojskowych i funkcjonariuszy, a w kolejnych latach w Lubiążu przeprowadzono kilka dużych akcji poszukiwawczych. Poszukiwano między innymi rzekomych podziemnych instalacji i poniemieckich depozytów. Prace na dużą skalę prowadzono w 1982, 1985 i 1986 roku.  Nie znaleziono legendarnej fabryki. Ale znaleziono skarb.

Skarb był. Tylko nie ten

26 listopada 1982 roku podczas prac na terenie Lubiąża z ziemi wydobyto metalowy pojemnik. W środku były monety. Nie kilka.

Ponad 1300 złotych i srebrnych numizmatów. Badania wykazały jednak, że nie był to żaden nazistowski depozyt. Skarb pochodził z XVIII wieku i najpewniej został ukryty w czasie wojen śląskich. Źródła dotyczące późniejszego postępowania wskazują na 1353 monety, w tym 64 złote. Część numizmatów trafiła do muzeum, a część została sprzedana; sprawą zajmowały się później organy kontrolne i prokuratura.  Paradoks Lubiąża jest więc niezwykły. Przyjechali szukać skarbu III Rzeszy. I rzeczywiście znaleźli skarb. Tyle że ukryty około dwustu lat wcześniej.

Reklama

 

Rosjanie zostawili kolejną tajemnicę

W 1945 roku do kompleksu weszła Armia Czerwona. Przewodnik nie ukrywa, że ten fragment historii jest wyjątkowo trudny do odtworzenia. Żołnierze radzieccy stacjonowali tutaj przez kilka lat. Obiekt był grabiony i niszczony. Wokół tego okresu powstało też wiele opowieści, których dzisiaj nie sposób potwierdzić. Jedna mówi o rzekomych niższych kondygnacjach. Inna o żołnierzu rannym podczas próby dostania się do zamkniętej części podziemi. Są także historie o tym, że Lubiąż mógł służyć jako miejsce, przez które przechodzili radzieccy żołnierze wracający ze strony zachodniej. Przewodnik sam zastrzega: - To są historie, które bardzo trudno potwierdzić, ale też trudno jednoznacznie wykluczyć. I właśnie w tym jednym zdaniu mieści się chyba cały Lubiąż.

Reklama

Gdy wyjechali żołnierze

Armia Czerwona opuściła kompleks w 1948 roku. Potem było jeszcze gorzej. Ogromny zespół klasztorny przez pewien czas pozostawał właściwie bez należytej ochrony. Wchodzili szabrownicy. Zabierano to, co miało jakąkolwiek wartość. Niszczenie, które rozpoczęło się wcześniej, trwało dalej. Dopiero z czasem pojawili się konserwatorzy i próby ratowania zabytku. Ale wraz z nimi pojawiali się też kolejni poszukiwacze. Jedni z dokumentami. Inni z radiestetami. Jeszcze inni po prostu z przekonaniem, że gdzieś tutaj musi być wejście.

Lubiąż nie potrzebuje złotego pociągu

Stoję jeszcze przez chwilę w piwnicy. Nad moją głową Sala Książęca. Wokół mury, których najstarsze fragmenty pamiętają cystersów. Kilka kroków dalej fotografie naukowców z czasów wojny. Potem historia wojskowych poszukiwań, metalowego pojemnika pełnego monet i ludzi przekonanych, że pod Lubiążem istnieje jeszcze drugi, nieodkryty świat. I myślę, że największy paradoks tego miejsca polega na czymś innym. Lubiąż wcale nie potrzebuje złotego pociągu. Prawdziwa historia jest wystarczająco niezwykła. Cystersi. Ponad pięćsetletnia posadzka. Dawne systemy ogrzewania. Niemiecki ośrodek badawczy. Telefunken. Radary. Armia Czerwona. Poszukiwacze z czasów PRL. I ponad 1300 monet rzeczywiście wyciągniętych z ziemi. Wychodzę na powierzchnię. Jest cieplej. Ale ten charakterystyczny dreszcz zostaje. Bo choć po Lubiążu chodziłam już wiele razy, w jego podziemiach za każdym razem słychać tę samą myśl: a co, jeśli jeszcze wszystkiego nie znaleziono?

Reklama

Marta Ringart-Orłowska

 

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Źródło: Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury Aktualizacja: 01/10/2026 09:35
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości