Czy siła kobiety zawsze musi wyglądać jak zaciśnięte zęby, multitasking i "Zosia Samosia"? Julianna Kołtun przez 14 lat nauczycielka, a dziś Niezależna Dyrektor Sprzedaży Mary Kay, trenerka i motywatorka. Organizuje szkolenia dla kobiet z zakresu rozwoju osobistego, sprzedaży i budowania własnego biznesu kosmetycznego, opowiada o momencie "sufitu" w pracy, o utracie czegoś, co stworzyła, o chorobie mamy, o lęku przed zmianą i o tym, jak pandemia otworzyła jej drzwi do Polski dzięki mediom społecznościowym. Dziś nie wstydzi się mówić o pieniądzach, apartamentach i brylantach. Bo każda kobieta na nie zasługuje. To rozmowa o odwadze, niezależności finansowej i o tym, że kruchość też potrafi wzmacniać.
|
Marta Ringart: Obserwuję Cię od dawna. Znamy się wiele lat, pamiętam Cię jeszcze ze szkoły, z wołowskiego liceum. Współpracowałyśmy, a potem nagle zniknęłaś i pojawiłaś się w zupełnie innej odsłonie. Julianna Kołtun: Tak... u mnie to była bardzo duża zmiana. Nosiłam mundur, dresy i myślałam, że mam siłę. Czyli byłam taką kobietą, która sobie ze wszystkim poradzi. I z jednej strony to była prawda... ale z drugiej: jeszcze nie wiedziałam, że mam "inną siłę", którą przekuję na niezależność finansową. Reklama
Marta: Co masz na myśli, mówiąc, że wcześniej byłaś "silna"? Julianna: Byłam nauczycielem, brałam na siebie bardzo dużo. Wydawało mi się, że siła kobiety to taka energia "męska": obowiązki domowe, zawodowe, decyzyjność, mundur, poligon, spodnie... że muszę wszystko ogarnąć sama. "Zosia Samosia". A potem weszłam do branży beauty i zobaczyłam drugą stronę: że siła to nie tylko "dam radę ze wszystkim", ale też umiejętność odkrycia w sobie delikatności. Że możemy powiedzieć: "nie mam siły na coś". I paradoksalnie to nas potrafi bardzo wzmacniać. Reklama
Marta: Czyli siła może wyglądać inaczej niż nam się wmawia? Julianna: Tak. Bo jeśli my kobiety zabieramy cały czas tę "męską energię", to zaczynamy osłabiać mężczyzn, a niby siebie wzmacniamy. I robi się koło zamknięte. Marta: Skąd w Tobie była ta potrzeba niezależności finansowej? Julianna: Wyniosłam ją z domu. Słyszałam od babci, że kobieta musi być niezależna, mieć swoje pieniądze, prawa jazdy, swoją przestrzeń i zainteresowania. Moja mama jest niesamowita, to jest kobieta, która uczyła mnie swoim zachowaniem, swoja ścieżką zawodową prawdziwej niezależności. A swoją postawą w chorobie odwagi w działaniu i determinacji siły chęci życia. I obie teraz, tak sobie myślę, wpoiły we mnie ważność jakości, pod każdym względem, jakości życia, jakości słowa, jakości myśli i materialnej jakości, którą teraz dopiero zaczęłam cenić i pozwalać sobie na nią. Reklama
Ja to słyszałam od nich: Jula dasz sobie radę... Ale wiesz, przychodzi moment, kiedy marzenia zderzają się z rzeczywistością. Marta: Byłaś nauczycielką długo. Julianna: Czternaście lat. To była moja pasja. Ja naprawdę od młodości czułam, że chcę uczyć. Skończyłam AWF, pracowałam z dziećmi i młodzieżą, byłam bardzo zaangażowana, kreatywna, zawsze "do przodu". Tylko że przyszedł moment "sufitu". Osiągnęłam najwyższy stopień zawodowy, skończyłam studia z zarządzania i wiedziałam, że jedyne co mogę zrobić, żeby mieć większy wpływ na rozwój ucznia, szkoły i naszego środowiska, to startować w konkursie na dyrektora szkoły. I zrobiłam to. Reklama
Marta: I co się stało? Julianna: Zderzyłam się z rzeczywistością. Wkroczyła polityka. Dziwne sytuacje, które mnie osobiście dotknęły i wspierających mnie osób w decyzji. Gratulacje od komisji i... tekst w stylu: "spotkamy się za pięć lat, no teraz ta pani musi objąć to stanowisko. A ja wtedy powiedziałam sama do siebie: "nie, już się nie spotykamy". To był pierwszy moment w moim życiu, lekcja co to jest niezależność. W tamtej chwili nie tylko mój los był zależny od tamtych rządzących ludzi, ale też los młodzieży i ich przyszłego życia. Reklama
Marta: Co było dla Ciebie najtrudniejsze w tamtym czasie? Julianna: to powrót do szkoły i dalsza współpraca z dyrektor. Stworzyłam coś co było jak moje dziecko - klasę mundurową. Przez sześć lat ją prowadziłam, modernizowałam, pisałam programy, nawiązywałam współpracę z ze wszystkimi służbami mundurowymi. I pewnego dnia ówcześnie zarządzająca dyrektor zabrała mi ten profil i przekazał komuś innemu. Usłyszałam wprost: program nie jest twój, tylko należy do szkoły. To mnie uderzyło. Psychicznie. Bo nagle dotarło do mnie: "gdzie ta moja niezależność?". Ktoś jest nade mną, ktoś ma władzę tak dużą, że coś, co stworzyłam, może mi zostać zabrane z dnia na dzień, że nie liczę się ja, nie liczą się uczniowie, a jedynie układy. W dniu dzisiejszym wiem, że tak miało być, to była moja druga lekcja niezależności, raczej jej braku. Reklama
Marta: To był moment decyzji o zmianie? Julianna: Tak. Wracałam do domu i już się nie cieszyłam. Brakowało mi radości. Brakowało mi moich szkolnych dzieci i ich wspaniałych rodziców. Powiedziałam mężowi: "chyba muszę zacząć robić coś innego, bo zwariuję z tej bezsilności. Nie wiedziałam co. Myślałam nawet o kolejnych studiach, ale czułam, że to nie to. I wtedy pierwszy raz zetknęłam się na serio z rozwojem osobistym: otwórz się, a przyjdzie rozwiązanie. Marta: Wspominałaś, że ważnym momentem była choroba mamy. Reklama
Julianna: Tak. Mama zachorowała na nowotwór. Po chemioterapii miała problemy ze skórą. Popękane dłonie, skóra była bardzo osłabiona. A ona... jak to "silna kobieta" wróciła do pracy, bo wierzyła, że praca ją "postawi na nogi". Nie położyła się na długo. Poszłam wtedy na spotkanie kosmetyczne. Wcześniej nawet się nie malowałam, nie dbałam o siebie tak, jak dziś. Pomyślałam: "to będzie coś nowego". I okazało się, że te produkty zaczęły działać. Miałam "testera" w domu, mamę z problematyczną skórą. Reklama
Zaczęłam się dzielić tymi kosmetykami. Później coraz bardziej w to wchodziłam. I kiedy zobaczyłam pieniądz... bo tego brakowało mi w szkole... zrozumiałam, że to może być droga do zmiany i niezależności finansowej i mojego zdrowia psychicznego. Marta: Co było tym przełomem? Julianna: Uświadomienie. Nawet "nielicząca kobieta" zrozumie, że jeśli na jednym spotkaniu mogę zarobić tyle, co w miesiąc w szkole, to coś tu się zmienia. Ta zmiana przyszła, bo chciałam. Pozwoliłam sobie na nią. Wielokrotnie powtarzam kobietom na spotkaniach Pozwól sobie na piękno... Reklama
Marta: A moment złożenia wypowiedzenia w szkole? Każda kobieta marzy o etacie... Julianna: Byłam odważna. Ale też czułam bezpieczeństwo, bo już poznałam firmę, zobaczyłam, jak działa, i miałam ogromne wsparcie męża, który mówił: "Jula, idź w to". Rodzina też mnie wspierała. I wiesz co? Ja się cieszyłam, składając wypowiedzenie. Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że to zrobię. Czułam, że to będzie dla mnie i mojej rodziny dobra decyzja. Marta: To była łatwa droga? Droga do miejsca w którym dziś jesteś. Reklama
Julianna: Nie. To była ciężka praca tylko inna. Powiedziałam sobie: jeśli w szkole dawałam 100% zaangażowania, to dam 100% i tutaj. Założyłam: pięć lat pracuję bardzo mocno, uczę się przedsiębiorczości, uczę się rozmów z kobietami, ale wiedziałam, że to moje zaangażowanie będzie bardzo szybko zauważone i docenione, nie jak w szkole, po co się wychylasz, znowu coś wymyśliła... I było mnóstwo "Nie, dziękuję", "nie spotkam się", "nie teraz". Ale to też mnie wzmacniało. Bo z czasem rozumiesz, że ktoś może potrzebować czasu. Dziś, po dziewięciu latach w biznesie, widzę kobiety, które poznałam osiem lat temu, a dopiero teraz decydują się na zmianę. Marta: A pandemia? Dla wielu osób to był kryzys. Ty też pracowałaś spotykając się z innymi kobietami. Julianna: Pandemia zabrała mi to, co było podstawą: spotkania. Drugi raz sytuacja, która nie zależała ode mnie. Nie mogłam robić warsztatów, nie mogłam spotykać się z kobietami. I wtedy powiedziałam sobie Jula nie patrz na to, zobacz na co Ty masz wpływ,z systemem już raz przegrałam, teraz się nie poddam. I wtedy weszłam mocno w media społecznościowe. I to było najlepsze, co mogłam zrobić. Wyszłam z małego środowiska w Polskę. To był największy wzrost mojego biznesu i największa odwaga. Oczywiście przyszło ocenianie, wyśmiewanie. Tak to jest, gdy rosną zasięgi. Ale ja sobie to poukładałam: "piszcie, hejtujcie, to świadczy o was". Ja wiem, ile dobra idzie z tego, co robię. Marta: Dziś szkolisz kobiety biznesowo. Julianna: Tak. Mam dużą grupę ponad 300 osób w jednej, kolejne grupy w innych strukturach. W sumie na mojej drodze stanęło już ponad tysiąca kobiet. I moim największym sukcesem jest, kiedy słyszę: "Jula, dziękuję, zmieniłaś moje życie". Pod każdym względem: niezależność finansowa, niezależność jako kobiety, poukładanie siebie. U nas, w firmie, jest duży nacisk na rozwój osobisty, bo kobiety często stawiają siebie na końcu: dzieci, dom, mąż, a na końcu ona. A jeśli nie zadbamy o siebie, to nie mamy z czego dawać innym. Marta: W Waszej historii mocno wybrzmiewa też rola Twojego męża - Leszka, mistrza świata w kick boxingu i wielokrotnego mistrza Polski i medalisty mistrzostw Europy, a także prorektora w latach 2019 - 2023 Wyższej Szkoły Wymiary Sprawiedliwości w Warszawie. Julianna: Wybrzmiewa, bo Leszek wspierał mnie od początku. On widział, że zaczynam się męczyć, że mam potencjał i że frustracja bierze się z "sufitu" z klatki, w której czujesz, że mogłabyś więcej, ale nie możesz. Było też tak, że hejt docierał do niego, do rodziny, a nie do mnie. On był taką tarczą. I dopiero po czasie dowiedziałam się, co ludzie mówili. Może gdybym to słyszała, byłoby mi trudniej. On we mnie wierzył mocno , był i jest moim paliwem do działania. Marta: W Twoich mediach społecznościowych ludzie widzieli też symboliczny moment: odbiór różowego Mercedesa. Julianna: To było wzruszające. I było związane z mapą marzeń. Moja córka jako dziecko spisywała moje marzenia, których ja sama nie umiałam wypowiedzieć. Na początku: "chcę zarabiać dwa tysiące". Potem: "trzy tysiące", "cztery", "dziesięć tysięcy"... Lila to pisała bez blokad z dziecięcym entuzjazmem. Ta mapa wisiała i wspólnie z rodziną ją potem "odhaczałam". I wiele rzeczy wydarzyło się w ciągu roku. Wycieczki, pieniądze, nagrody, brylanty, samochody tak to było i jest nadal. Ale wiesz kto był największą dla mnie motywacją do pracy? Moje córki, chciałam im pokazać tak jak widziałam to w moim silnym rodzie kobiet, że decyzje należą do nich,że siła kobiety to właśnie moc kobiecości i piękna, które mamy my kobiety, że nie muszą rywalizować z mężczyznami, ale ich wspierać, że mogą wszystko bo zasługują na wszystko. Marta: Jak wygląda Twoja praca na co dzień? Julianna: To jest sprzedaż bezpośrednia, czyli pokazuję kosmetyki, panie mogą je sobie wypróbować , dobieram im pielęgnację czy kolorowe kosmetyki do ich potrzeb. Spotkania są bezpłatne, moje konsultacje również, panie płacą mi za zakupione produkty. To są spotkania głównie w domach klientek lub u mnie.Uwielbiam spotkania mama–córka, czasem z babcią. To są piękne relacje.Prowadzę również warsztaty kosmetyczne: takie większe dla 50–100 osób, wieczory inspiracji dla kobiet. Wiele kobiet mówi: "nigdy się nie malowałam". A potem zaczyna, bo zaczyna się dobrze czuć sama ze sobą. To dodaje pewności siebie. To nie jest tylko kosmetyk, to jest często początek zmiany. Kocham obserwować jak zmieniają się panie od pierwszej minuty na spotkaniu, jak otwierają w sobie tą kobiecość i delikatność. Marta: Pokazujesz w mediach społecznościowych Wasze piękne apartamenty we Włoszech. Zdradzisz coś więcej? Skąd w ogóle wziął się pomysł na taką "drugą nogę" biznesową? Julianna Kołtun: To jest właśnie kolejny biznes, który się urodził... Gdyby ktoś mi powiedział dziewięć–dziesięć lat temu, że będziemy mieli apartamenty we Włoszech, to bym powiedziała: "no jak, z mojej pensyjki?". Leszek też wtedy był na etacie. A dziś mam ogromną wdzięczność do siebie za odwagę, że zawalczyłam o siebie i zaufałam, że zmiana może przynieść coś dużo większego. Marta: Czyli to była konsekwencja tego, że zaczęłaś realnie dokładać do domowego budżetu? Julianna: Myślę,że tak. Kiedy weszłam do firmy, moja mentorka zapytała mojego męża: "Leszku, ile chciałbyś, żeby Jula przyniosła do budżetu domowego?". On wtedy powiedział: "super by było, jakby Jula zarobiła trzy tysiące". Do dziś wspominamy śmiejąc się i żartując ten moment. A jednak wtedy byłam w szkole i ktoś manewrował moim życiem zawodowym i byłam zamknięta w systemie. No i z czasem zaczęłam przynosić dużo więcej. Dzięki temu mogliśmy podejmować inne decyzje: zakup mieszkania, apartamentu, kolejnego... remonty. Leszek jest już na emeryturze, więc też otworzył się biznesowo. Ja biznesowa, on też i tak to idzie. Marta: A jak wyglądała ta pierwsza decyzja o zakupie apartamentu? To był plan od początku czy spontaniczna historia? Julianna: Trochę jedno i drugie. Kiedy kupiliśmy pierwszy apartament, nagrałam live z Włoch. Powiedziałam wtedy, że to miejsce jest tak piękne i magiczne, że muszę się nim podzielić. Po prostu włączyłam telefon i mówię: "muszę Wam to pokazać, żebyście zobaczyli, gdzie to jest". Za chwilę zaczęły przychodzić wiadomości: "to ja chcę przyjechać", "gdzie to jest?", "czy można wynająć?". My mieliśmy ten apartament mieć dla siebie, ale pomyśleliśmy: skoro ludzie chcą, to proszę bardzo, chodźcie. I tak otworzyliśmy apartamenty także dla gości. Zobaczyliśmy, że to może być nie tylko spełnienie marzenia, ale też realnie kolejna noga biznesowa. Marta: Czyli znów odwaga, wyjście do ludzi i relacje? Julianna: Dokładnie. I to też zdjęło z mojego męża część takiego "plecaka odpowiedzialności". Mężczyzna, kiedy czuje, że dźwiga rodzinę, ma ten plecak a kiedy widzi, że kobieta dokłada, wspiera, współtworzy, jest mu lżej. Nam obojgu jest lżej. Marta: Słuchając Twojej historii można odnieść wrażenie, że wszystko zaczęło się od jednego momentu decyzji, żeby spróbować czegoś nowego. Gdybyś dziś miała powiedzieć kobietom jedną rzecz z własnego doświadczenia, co by to było? Julianna: Żeby nie bały się zmiany. Bo często największą przeszkodą jesteśmy my same. Myślimy: "czy dam radę?", "co ludzie powiedzą?", "czy to się uda?". A prawda jest taka, że kiedy pozwolimy sobie spróbować, to nagle otwierają się drzwi, których wcześniej nawet nie widziałyśmy. Ja naprawdę nie planowałam takiej drogi. Chciałam być nauczycielką i nią byłam. Ale kiedy poczułam, że doszłam do sufitu, musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie: czy chcę tak żyć przez kolejne lata. I wtedy pojawiła się odwaga. Marta: Czyli ta "siła kobiety", o której mówiłyśmy na początku, to tak naprawdę... odwaga? Julianna: Właśnie tak. Dziś myślę, że siła kobiety nie polega na tym, żeby wszystko dźwigać i udawać, że zawsze sobie poradzimy. Siła polega na tym, żeby mieć odwagę być sobą, rozwijać się, szukać swojej drogi i czasem powiedzieć: "chcę w życiu czegoś więcej". Bo kiedy kobieta zaczyna wierzyć w siebie, zmienia się nie tylko jej życie. Zmienia się też życie ludzi wokół niej rodziny, dzieci, innych kobiet.
Marta: A kiedy dziś patrzysz na swoją drogę od szkoły, przez zmianę zawodu, po biznes i nowe projekty, co jest dla Ciebie największą wartością? Julianna: To, że mogę inspirować inne kobiety. Że słyszę od nich: "dzięki Tobie. Odważyłam się coś zmienić". Bo każda z nas ma w sobie ogromny potencjał. Czasem tylko trzeba sobie pozwolić go odkryć. I tak jak już wspominałam jestem ogromną inspiracją dla moich córek. Marta: A co z tymi kobietami, które nie chcą nas wspierać, obgadują, źle życzą, walczą w pracy, w towarzystwie...jak sama mówiłaś: wyśmiewano mnie. Julianna: Tak było. Kiedyś przeczytałam, że jest to normalne społeczne zachowanie ludzi, że jeśli pojawia się ktoś w środowisku, szczególnie małym tak jak moje kochane Wińsko czy Wołów, w którym pracowałam, człowiek który zaczyna robić coś nowego, bardzo często niezrozumiałego, to jest najpierw obserwowany,obgadywany, wyśmiewany, ale to trzeba wytrwać i przyjdzie moment podziwiania i doceniania. Przeszłam już to wszystko w świadomości, że to normalne i pozwalam tym ludziom tak się zachowywać. Co z tymi kobietami? Zapraszam je do siebie na spotkanie, bo wiem i wierzę, że każda z nich ma w sobie ogromną siłę i miłość do drugiego człowieka, ale okoliczności, środowisko, zranienie, frustracja zakłada nam na nasze twarze tzw maski innego zachowania. Marta: Gdybyś miała podsumować: co jest dziś dla Ciebie prawdziwą siłą? Julianna: Odpowiedziałabym, że to bardziej odwaga niż "siła". Odwaga, żeby zamknąć etap i wejść w nowe. Odwaga, żeby powiedzieć: "nie muszę być twarda cały czas". I odwaga, żeby zawalczyć o swoją niezależność finansową. Dziękuję za rozmowę. Marta Ringart-Orłowska
|
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze