Przez lata powstawały mity o podziemnej fabryce zbrojeniowej w Lubiążu, tajnych tunelach, skarbach i działalności prowadzonej w opactwie pocysterskim podczas II wojny światowej. Co z tych opowieści jest prawdą? O wojennej historii klasztoru rozmawiamy z redaktorem Tomaszem Bonkiem, dokumentalistą i autorem m.in. książki pt.: „Lubiąż. Biografia Cudu”., który przez lata prowadził kwerendy archiwalne dotyczące pocysterskiego opactwa.
- Druga wojna światowa to okres w historii Lubiąża, który bardzo dobrze Pan zgłębił. Co się wtedy wydarzyło w opactwie pocysterskim? Przez wiele lat to, co tam się działo było wielką tajemnicą.
- W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dziennikarze wielu mediów, opowiadali nieprawdziwe, wyimaginowane historie na temat wydarzeń z czasów II wojny światowej w Lubiążu. Podsycali atmosferą poszukiwania skarbów. Niedopowiedzenia. Tanie sensacje. Niesprawdzone informacje. W to wszystko włączyły się również Służba Bezpieczeństwa i wojsko. Generałowie Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski ze swoimi żołnierzami poszukiwali w Lubiążu skarbów. Informacje o poszukiwaniach wyciekały. Wytworzyło to atmosferę tajemnicy. Opowiadano o złocie, które rzekomo miało znajdować się w Lubiążu. O tunelach pod Odrą. Dlatego uznałem, że należy te tajemnice wyjaśnić, przeprowadzić kwerendy archiwalne i sprawdzić, co tak naprawdę w klasztorze podczas II wojny światowej się działo.
- Co udało się ustalić?
- Wiemy już, że w Lubiążu na pewno nie działała wielka, tajemna, podziemna fabryka zbrojeniowa. Nie produkowano rakiet V1 i V2, tak jak powszechnie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych uważano. Pogłoski i domysły publikowane w prasie, że z klasztoru aż po Wzgórze Trzech Krzyży rozciągają się podziemne korytarze, że uwięziono w nich i zgładzono tysiące więźniów przywiezionych z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen okazały się nieprawdziwe. Większość tych halucynacji była wytworem fantazji majora Służby Bezpieczeństwa, który święcie wierzył w to, że w Lubiążu znajdują się skarby i próbował skłonić władze ze stolicy, żeby rozpocząć poszukiwania.
Udało się natomiast ustalić, że w Lubiążu podczas wojny działał obóz dla przesiedleńców, którzy na początku wojny byli przywożeni z Bukowiny Północnej i Besarabii. Ci ludzie byli volksdeutschami i mieli, po zdobyciu Polski przez Hitlera, trafić do nowej Lebensraum, czyli „przestrzeni życiowej”, jak zajęte ziemie określała nazistowska propaganda. Wcześniej przechodzili jednak przez specjalne obozy, w których kształtowano ich postawę narodowosocjalistyczną.
Potem w Lubiążu na dwa miesiące osadzono Luksemburczyków, którzy sprzeciwili się reżimowi Hitlera. Nie chcieli pozwolić na wysłanie swoich synów do niemieckiego wojska i za to zostali przeniesieni właśnie na Dolny Śląsk.
Następnie, od 1943 roku, w Lubiążu zaczęto organizować tajny ośrodek badawczy firmy Telefunken, która współpracowała z Luftwaffe i Kriegsmarine. Kierował nim Leo Brandt, który razem z Wilhelmem Runge opracował m.in. system radarów Würzburg. W Lubiążu ponad tysiąc pracowników: naukowców, inżynierów i robotników pracowało pod ich auspicjami nad technologiami, które miały odwrócić losy wojny, miały pozwalać na radiolokację samolotów oraz okrętów podwodnych.
- I co tam się działo?
- Kiedy na Berlin zaczęły spadać pierwsze bomby, szukano miejsca, które wydawałoby się bezpieczniejsze - położonego z dala od zasięgu alianckich bombowców. Dolny Śląsk wydał się wtedy Niemcom bezpieczny. Z głębi Rzeszy przenoszono więc na te tereny produkcję zbrojeniową, a także tajne laboratoria naukowe. I tak klasztor w Lubiążu został zagospodarowany na badania nad radiolokacją, przede wszystkim nad falami centymetrowymi, a to wiązało się z analizami dotyczącymi półprzewodników i rozmaitych diod.
- Pracowano tutaj nad wynalazkami, które po wojnie zrewolucjonizowały elektronikę.
- Tak, w Lubiążu były prowadzone badania nad półprzewodnikami. Doprowadziły one po wojnie do skonstruowania jednego z pierwszych tranzystorów, bez których nie mielibyśmy dzisiaj telefonów komórkowych, komputerów czy telewizorów z płaskimi ekranami. Lubiąż naprawdę stanowił potężny ośrodek badawczy. Kiedy w styczniu 1945 roku zbliżyła się do klasztoru Armia Czerwona, ośrodek ewakuowano do Turyngii. Sowieci na trzy lata rozgościli się w murach opactwa.
- Czyli nie było więźniów i nie było fabryki?
- Nie było wielkiej, podziemnej fabryki zbrojeniowej. Nie było ludobójstwa. Prawdopodobnie pracowało w opactwie niewielkie komando więźniów przywiezionych z KL Gross-Rosen. Był za to tajny ośrodek badawczy oraz naukowcy i cywilni pracownicy przeniesieni z Berlina.
- Jak wyglądał wówczas klasztor? Co się w nim znajdowało?
- Sala Książęca została zamieniona na salę projektową. Ustawiono w niej deski kreślarskie. Weszli do niej naukowcy w białych kitlach, inżynierowie, którzy projektowali nowe urządzenia radiolokacyjne, dzisiaj nazywane radarami. Pod emporą muzyczną, pod figurą Atlasa, stanął portret Hitlera, który z tego portretu spoglądał na pracowników firmy Telefunken. Przed wejściem ustawiono biurka dla sekretarek, które zajmowały się dokumentacją i obiegiem informacji. Zachowały się zdjęcia, które to przedstawiają. Można je obejrzeć w mojej książce pt.: „Lubiąż. Biografia Cudu”.
Cele zakonników zamieniono na laboratoria elektrotechniczne i warsztaty, w których nie tylko inżynierowie, ale również zatrudnieni przez nich niemieccy robotnicy pracowali nad aparaturą radiotechniczną, która potem była montowana w samolotach oraz okrętach podwodnych. Urządzenia składano m.in. w budynku browaru. Przy klasztorze działały kantyny, a pracownicy ośrodka stacjonowali m.in. w budynku szpitala po drugiej stronie miejscowości. Trzeba im było zapewnić żywność, ogrzewanie, oświetlenie. Do klasztoru podciągnąć więc specjalną, dodatkową linię energetyczną. W związku z tym następowały też różne przebudowy obiektu.
Wokół klasztoru, w promieniu kilku kilometrów, stanęły również stacje radarowe, które miały testować rozwiązania projektowane w samym opactwie oraz ostrzegać przed nalotami aliantów.
- Czyli samego klasztoru nie niszczono?
- Bryła klasztoru nie została zniszczona. Na opactwo nie spadły lotnicze bomby, nie strzelała do niego artyleria. Zostały natomiast przebudowane jego wnętrza. Zresztą pierwsze modernizacje nastąpiły już w roku 1823, kiedy zorganizowano tu jeden z największych szpitali psychiatrycznych w Prusach, który działał w murach opactwa aż do 1939 roku.
Sam kościół klasztorny zachował całą swoją barokową oprawę aż do roku 1944. Był też użytkowany nawet jeszcze na początku II wojny światowej przez wiernych i księdza.
Dopiero Günther Grundmann, dolnośląski, konserwator zabytków, bardzo gorliwy nazista, który piął się po szczeblach kariery od momentu, kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, zabezpieczył całe pozostałe jeszcze wyposażenie klasztornego kościoła i wywiózł je do kościoła w Lubomierzu, a potem trafiło ono do Cieplic. Niemcy zabezpieczyli to, co jeszcze cennego w klasztorze się znajdowało i wywieźli, żeby chronić przed zniszczeniem przez nadciągającą Armią Czerwoną.
- Wróćmy jeszcze do Niemców, którzy prowadzili tutaj badania naukowe. W Lubiążu są zasypane klatki schodowe i piwnice, zamurowane pomieszczenia. To zapewne również działało na wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Czy są jakiekolwiek ślady wskazujące na to, że Niemcy mogli coś tam zostawić?
- Niemcy ewakuowali niemal wszystko z Lubiąża. Pozostały strzępy dokumentacji i fragmenty zniszczonych urządzeń oraz zamurowane pomieszczenia i aż trzy kondygnacje piwnic w niektórych częściach opactwa.
Niestety, mam złą informację dla poszukiwaczy skarbów. Jak wynika z planów sporządzonych jeszcze przed II wojną światową, to przede wszystkim efekty wielkokrotnego przebudowywania klasztoru w XVIII i XIX wieku. Przez ponad sto lat działalności szpitala psychiatrycznego, dostosowywano obiekt do bieżących potrzeb. Opactwo lubiąskie ma niemal 900 lat, trzeba o tym pamiętać.
Wiele dokumentów zachowało się w niemieckich archiwach. Nie tylko w Bundesarchiv, ale również w tych, które odziedziczyły dokumenty po przedsiębiorstwach związanych z Lubiążem. Między innymi w Muzeum Techniki w Berlinie zachował się album fotograficzny, w którym są zdjęcia przedstawiające inżynierów i ich pracowników pracujących w 1944 roku w klasztorze i pałacu opatów. Zachowały się również informacje i dzienniki prowadzone przez Leo Brandta, ośrodka firmy Telefunken. To one pozwoliły odtworzyć historię zabytku.
Wciąż nie udało mi się dotrzeć do archiwów rosyjskich, które cały czas są zamknięte. Kiedy prowadziłem korespondencję z Rosjanami w tej sprawie, za każdym razem otrzymywałem informację, że ze względów militarnych ta dokumentacja jest wciąż utajniona. Uważam, że jeśli kiedykolwiek będzie można uzyskać do niej dostęp, nasza wiedza o Lubiążu bardzo się wzbogaci.
- A Hitler? Wiadomo, że bywał na Dolnym Śląsku. Czy był też w Lubiążu?
- Hitler nie przyjechał do Lubiążu. To kolejna legenda. Wrocław był jednym z największych miast Rzeszy, a Dolny Śląsk bardzo ważną prowincją. Führer bywał więc wielokrotnie na tym terenie. Ale do dzisiaj zachowało się nazwisko przywódcy Rzeszy na stropie kopuły w bramie wjazdowej do lubiąskiego opactwa. Ten napis głosi, że wielką renowację zabytku przeprowadzono w latach trzydziestych XX wieku za pieniądze kancelarii Adolfa Hitlera. W klasztorze umieszczono aż trzy takie dziękczynne hasła i to one skłaniały do tworzenia kolejnych wojennych mitów o opactwie.
- A gdyby miał Pan przekonać jedną osobę, która jeszcze w Lubiążu nie była, żeby po przeczytaniu tej rozmowy do niego przyjechała… Dlaczego warto?
- Jest to jeden z najciekawszych i największych zabytków nie tylko w Polsce, ale w Europie. Jest trzykrotnie większy od zamku na Wawelu. To drugi co do wielkości obiekt sakralny w Europie. Większy jest tylko hiszpański Escorial. Perła baroku. Obiekt, który swoją klasą powinien być w koronie polskiej turystyki, a niestety jest zapomniany, szerzej nieznanym. Moim zdaniem to jest narodowy wstyd. Lubiążem powinniśmy się chwalić, szczycić, promować go, a przede wszystkim restaurować. Tymczasem opactwo zostało pozostawione samo sobie, małej fundacji, w której pracuje zaledwie kilkoro osób i przez cały rok, które od wiele lat, udostępniają je zwiedzającym i sami restaurują.
- Na koniec pytanie, które zadaję moim rozmówcom. Jaka jest Pana wizja przyszłości klasztoru? Co powinno się z nim stać?
- Moim zdaniem opactwo powinien przejąć skarb państwa. W obiekcie mógłby powstać oddział muzeum narodowego prezentujący sztukę baroku. Jedną z jego części należałoby poświęcić Michaelowi Willmannowi, który już przez cystersów nazywany był śląskim Apellesem, a potem przez historyków sztuki śląskim Rembrandtem. To wybitna postać, jeden z najbardziej wyjątkowych artystów sztuki śląskiej, który zasługuje na własne muzeum.
-Dziękuje za rozmowę.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze