Reklama

Wołowskie Listy do M...

24/12/2022 09:03

Dziś, na chwilę przed wigilią Bożego Narodzenia Małgorzata Tokarz opowie nam świąteczną historię, która przeniesie nas trochę lat wstecz. Zapraszamy na wspomnienia.

 Nie sposób nie opisać zabawnej, momentami smutnej, ale przede wszystkim świątecznej historii Bożego Narodzenia. To trochę  obrazek z  małego miasteczka  Wołowa w stylu "Listy do M". Wszyscy bardzo chętnie oglądamy je tuż przed świętami. Już jako mała dziewczynka pragnęłam zostać Świętym Mikołajem, aby zadbać o to, by każde dziecko dostało wymarzony prezent. Podrzucałam na wycieraczkę malutkie paczuszki, żeby dzieci z wielkiego blokowiska we Wrocławiu dostały swoje upragnione prezenty. Ale mój Tato mówił mi, że nigdy nie będzie sprawiedliwie a ja myślałam, że w ten sposób zbawię świata.

Taka okazja trafiła mi się w Wołowie, w Domu Kultury i zostałam przez trzynaście lat z rzędu  upragnionym Świętym Mikołajem. Specjalnie uszyłam sobie strój na wymiar, żeby wyglądać w każdym szczególe jak prawdziwy, wymarzony przez dzieci Mikołaj. Wielka czapa ze śnieżną oblamówką, broda osłaniająca delikatną kobiecą buzię, bokobrody, czerwone rękawice po łokieć, długi płaszcz do ziemi obszyty białym puchem. Do tego buty z odstającymi czubkami i wielki, czerwony worek na prezenty, taki prawie bez dna. Pojechałam do  mojej przyjaciółki Niny Hediger do Stobna i poprosiłam ją, żeby uczestniczyła ze mną w tej dobrej zabawie. Ona była też entuzjastką sprawiania przyjemności dzieciakom i mieszkańcom Wołowa. Nina miała drewnianą bryczkę  z dwoma zaprzężonymi końmi. Razem przystroiłyśmy bryczkę w biało czerwone pompony. Ozdobiłyśmy też końskie uzdy. Kiedy wyruszyłyśmy do Wołowa, padały płatki w kształcie białych gwiazdek. Konie radośnie charczały, a my miałyśmy do przejechanie dwa lub trzy kilometry. Do miasta wjechałyśmy w pełnym rynsztunku. Na rynku stoi tłum witający nas serdecznie. Mikołaj rozdaje cukierki. Konie jadą wolniutko,  dorośli wskakują na boki  bryczki  i wsadzają nam dzieci na kolana. Tulę je do serca i przytulam  bardzo serdecznie i wtedy rosną mi skrzydła jak u wolnego ptaka lub dobrego człowieka.   Sami wiecie, że jak człowiek czuje się potrzebny drugiej osobie to żyje pogodniej i dłużej. Jak mam iść do drugiego człowiek to robię to z uśmiechem. Każdy ma swoją opowieść, może być to twój sąsiad, człowiek przypadkowo spotkany na ulicy, ktoś, kogo codziennie spotykasz w sklepie. Mam tu dużo ciekawych opowieści o ludziach z naszego małego miasteczka Wołowa. Pomóżcie mi je zebrać, to przecież nasze wspólne życie i warto zadbać o jego jakość. Bo przecież każde życie jest po coś. Musimy pielgrzymować by cel był wyraźny. Mój Jędrek zawsze powtarzał coś, czego zawsze nie mogłam zrozumieć, że sama droga  jest ważniejsza niż cel. I tak jest w naszym Wołowie, to powie Ci każdy mieszkaniec naszego miasteczka, który odwiedza jego zabytki, słucha bicia dzwonów dwóch kościołów.

Reklama

Wtedy właśnie jadąc bryczką  stwierdziłam, że jest to też mój "Grajdołek". Na rogu obok dawnego banku PKO stała starsza pani i co roku pytała, łapiąc cukierki: Jak długo Mikołaju pożyję? A ja odpowiadałam, że na pewno spotkamy się w przyszłym roku. Pewnego roku miejsce po Babci było puste, pomyślałam wtedy, że spotkała w niebie już swojego Dobrego Anioła. Wracając do jazdy bryczką, zmierzałyśmy obok Straży Pożarnej do szkoły SP nr 2 na ulicy Chopina. Mikołaj parkował na boisku, dzwonił dzwoneczkiem, ,machał srebrną długą laską i rozdawał przepyszne cukierki. Cała gromadka stała obok bryczki, wsiadała do niej i objeżdżała  wspólnie szkolne boisko. Do dziś brzmią mi w uszach dziecięce śmiechy i wielka, wielka radość. Późnym wieczorem Mikołaj objeżdżał okoliczne wioski, odwiedzał chore dzieci w domach- to było wielkie zaskoczenie!  Na drugi dzień kompletnie traciłam głos, pomimo to,   poranku biegłam do pracy do mojej szkoły. Miałam nadzieję, że nikt z uczniów nie poznał mnie po głosie. Nie chciałam zniszczyć prawdziwej historii, prawdziwego Świętego Mikołaja z Wołowa. Co roku odgrywałam tą swoją pierwszoplanową rolę z nową energią i zapałem. Wieczorem zmordowana wracałam w stroju Mikołaja  do domu, do swoich dzieci i razem z nimi rozpakowywałam często skromne prezenty. Ale zawsze dbałam o to, żeby były pięknie zapakowane. I razem wszyscy, czekając na Mikołaja i prezenty często zostawione pod łóżkiem, cieszyliśmy się zawsze jak  małe dzieci. 

Na zdjęciu: Małgorzata Tokarz, autorka wspomnień

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości