Reklama

Z europejskich łowisk nad Odrę. Robert Tomanik, przewodnik wędkarski z Brzegu Dolnego opowiada o swojej pasji

07/07/2026 15:47

Robert Tomanik to doświadczony przewodnik wędkarski, który przez ponad dwie dekady mieszkał i łowił za granicą. Ostatecznie postanowił wrócić na Dolny Śląsk, by tu kontynuować swoją pasję. W rozmowie opowiada o wędkarskich początkach, specyfice zagranicznych wód, zasadzie „catch and release” oraz o wyzwaniach, z jakimi wiąże się praca profesjonalnego przewodnika.

Opowiedz o początkach twojej wędkarskiej drogi.

Moja przygoda z wędkarstwem zaczęła się, gdy miałem sześć lat. Pasją zaraził mnie tata, który bardzo często zabierał mnie na ryby. Do dziś pamiętam swoją pierwszą zdobycz – karpia o długości 27 centymetrów. Tak bardzo chciałem zabrać go do domu, że schowałem go w krzakach, mimo że tata kazał mi go wypuścić. Schowałem go tak dobrze, że później nie mogłem go już znaleźć. Dzisiaj wspominam to z uśmiechem. Od najmłodszych lat każdą wolną chwilę spędzałem nad wodą. Czasami wolałem iść na ryby niż do szkoły, bo właśnie tam mogłem oczyścić głowę, wyciszyć się i poczuć prawdziwą wolność. Już jako dziecko wiedziałem, że wędkarstwo to coś, co kocham i przy czym nie muszę niczego udawać – mogę po prostu być sobą.

Reklama

W którym momencie podjąłeś decyzję, że zostaniesz zawodowym przewodnikiem?

Myślę, że to marzenie narodziło się jeszcze w dzieciństwie. Zawsze chciałem zajmować się tym przez całe życie. Kiedy jako dorosły zobaczyłem, jak rośnie liczba ludzi wracających do natury i jak mocno rozwija się pasja do wędkarstwa, zrozumiałem, że to jest właściwy moment. Postanowiłem zamienić swoją największą pasję w zawód. Robię to z całego serca i nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na życie.

Przez wiele lat mieszkałeś za granicą. Co skłoniło cię do powrotu do Brzegu Dolnego i czy tamte doświadczenia zmieniły twoje podejście do łowienia?

Reklama

Za granicą spędziłem ponad 20 lat, z czego przez ostatnie 14 intensywnie wędkowałem w Niemczech. Samo zdobycie niemieckiej karty wędkarskiej było wymagające, ale pasja okazała się silniejsza. W Niemczech obowiązują inne przepisy i podejście do wędkarstwa. Ryby, które osiągnęły wymiar ochronny i zostały złowione, najczęściej trzeba zabrać ze sobą – nie można ich tak po prostu wypuścić. Mimo to do dziś zastanawiam się, dlaczego rybostan jest tam tak bogaty i dlaczego łowi się tam zazwyczaj łatwiej.

Kiedy wracałem do Polski, wielu kolegów ostrzegało: „Zobaczysz, tutaj nie będzie już tak prosto”. Ja jednak uważam, że jeśli poświęci się czas na poznanie wody, zrozumienie zachowania ryb i włoży się w to serce, to w Polsce również można osiągać świetne wyniki. Po powrocie skupiłem się na tym, co dawało mi największą radość w dzieciństwie. Patrzę na wodę z ciekawością, tropię ryby, obserwuję naturę i ufam intuicji. Sprawia mi to ogromną frajdę i jest świetnym wyzwaniem. Mam wrażenie, że rozumiem ryby – wiem, gdzie ich szukać i jak funkcjonują. To najbardziej cenię w wędkarstwie.

Reklama

Regularnie łowisz w Hiszpanii. Jakie są główne różnice między tamtejszymi łowiskami a warunkami panującymi na rzekach i jeziorach Dolnego Śląska?

Wędkuję regularnie nie tylko w Hiszpanii, ale również we Francji, Włoszech i Niemczech. Każdy z tych krajów ma specyficzne warunki i odmienne podejście do wędkarstwa. Za granicę przyciąga mnie przede wszystkim klimat i charakter wód. Ryby żyją tam w innym środowisku, dlatego często są większe, silniejsze i zachowują się inaczej niż na Dolnym Śląsku. Dobrym przykładem jest rzeka Ebro w Hiszpanii. Tamtejsze sumy przez całe życie walczą z silnym nurtem, przez co są niesamowicie umięśnione. Sum o długości 180 centymetrów potrafi dać taki opór w trakcie holu, że trzeba mocno trzymać się łodzi. To zupełnie inne doświadczenie niż łowienie ryby o podobnych gabarytach na Odrze.

Reklama

Francja z kolei zachwyca mnie niezwykle czystą wodą. Można tam dosłownie zobaczyć ogromne sumy stojące pod zatopionymi krzakami. Sama obserwacja to niesamowite przeżycie, a złowienie ryby tylko je dopełnia. We Włoszech najbardziej fascynuje mnie dzikość rzeki Pad i jej nieprzewidywalność. Podczas jednej z wypraw poziom wody podniósł się o ponad osiem metrów. To była ryzykowna sytuacja, ale zostaje w pamięci na całe życie. Niemcy natomiast kojarzą mi się z ciekawymi żwirowniami oraz dopływami Renu, gdzie duże ryby szukają spokojniejszej wody. To doskonałe miejsca do obserwacji i doskonalenia technik łowienia.

Co dają ci takie zagraniczne wyprawy?

Reklama

Każda wyprawa uczy mnie czegoś nowego. Każdy kraj to inne wody i ryby, co oznacza nowe wyzwania. Właśnie dlatego tak chętnie wyjeżdżam – każda woda pozwala mi wrócić do Polski z nową wiedzą, którą następnie wykorzystuję nad naszymi rodzimymi rzekami i jeziorami.

W swoich materiałach kładziesz nacisk na bezpieczne podbieranie i wypuszczanie ryb. Jesteś wędkarzem etycznym. Jak oceniasz świadomość ekologiczną polskich wędkarzy na tle innych krajów?

Trudno wrzucać wszystkich do jednego worka i oceniać całe narody. Moje doświadczenia pokazują, że w każdym kraju można spotkać bardzo różnych ludzi. Są wędkarze, którzy wkładają w tę pasję serce, dbają o wodę i przyrodę, bo wiedzą, że to dobro wspólne. Niestety, zdarzają się też osoby o egoistycznym podejściu, które nie zastanawiają się nad tym, jaki ślad po sobie zostawiają. A woda nie wybacza braku dbałości.

Reklama

Dlatego kładę tak duży nacisk na etyczne wędkowanie, zasadę „catch and release”, odpowiednie obchodzenie się ze złowioną rybą i szacunek do natury. Staram się dawać dobry przykład. Dla mnie duże okazy to prawdziwe pomniki przyrody i z takim właśnie szacunkiem należy do nich podchodzić.

W ofercie masz wyprawy na łodziach i bellyboatach, uczysz łowić sumy i sandacze. Z jakim nastawieniem przyjeżdżają do ciebie klienci i co sprawia im największą trudność podczas praktycznej nauki?

Część osób przyjeżdża na wyprawę po to, aby się czegoś nauczyć. Są jednak i tacy, którzy już przez telefon zapowiadają, że ich celem jest pobicie rekordu Polski albo świata. Praca przewodnika jest dla wielu niezrozumiała, bo często kojarzy się z ciężkim wysiłkiem fizycznym. Tymczasem na łodzi moje zadanie polega na pokazaniu i zinterpretowaniu tego, co widzimy na wodzie czy na ekranie echosondy. Żeby to rzetelnie przekazać, trzeba mieć za sobą setki godzin spędzonych na wodzie – to one uczą właściwego odczytywania danych z przetwornika.

Reklama

Podobnie jest przy łowieniu z brzegu – czytania wody uczą lata praktyki. Bycie przewodnikiem to również mierzenie się z brakiem stałych godzin pracy. Aby klient był zadowolony, trzeba dopasować się do trudnych warunków panujących nad wodą, co nie jest łatwe, zwłaszcza gdy oczekiwania wobec „życiówki” są ogromne.

Praca przewodnika wędkarskiego to wiele dni spędzanych na wodzie. Jak łączysz tak absorbujące zajęcie z życiem codziennym?

Praca w tym zawodzie nie jest łatwa. Muszę tu podkreślić, że nie każdy przewodnik ma tak wyrozumiałą żonę. Życie rodzinne wymaga planowania, a w tej pracy z prywatnych planów często trzeba zrezygnować na rzecz klientów. Dlatego w tym miejscu chcę bardzo podziękować mojej żonie za jej wsparcie, doping i ogromne zrozumienie.

Reklama

Ostatnie pytanie: jak można się z tobą skontaktować, aby umówić się na wyprawę?

Najlepiej znaleźć mnie w sieci- BFM Best Fishing Moments by Robert Tomanik. Zapraszam też do kontaktu telefonicznego pod numerem +48 797 069 262. Serdecznie zapraszam wszystkich pasjonatów wędkarstwa. 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości