Reklama

Felieton na weekend. Lajk, który kosztuje wiarygodność. Jak radni sami hodują dezinformację

03/05/2026 18:57

Ostatnia sesja rady powiatu powinna dać do myślenia niektórym radnym. Ale czy da? Bo … są radni, którzy obserwują fejkowe konta, lajkują wpisy „aktywistów” i nazywają je mediami. Potem dziwią się, że lokalna debata opiera się na emocjach, a nie faktach. Skąd bierze się dezinformacja w samorządzie?

Dzięki działaniom radnych, którzy nadają rangę profilom na Facebooku, której one same z siebie nigdy by nie miały. A potem przychodzi zdziwienie. Że ktoś „pisze bez sprawdzenia”. Że nie pyta drugiej strony. Że krzyczy zamiast argumentować. Że buduje narrację na emocjach, a nie faktach.

Naprawdę?

Przecież to właśnie w ten sposób działa większość takich kont. Nie mają obowiązku weryfikacji informacji, nie podlegają żadnym standardom, nie prostują błędów. Nie są mediami, nawet jeśli ktoś bardzo chce je tak nazwać z nadzieją, że o nim nie napiszą kłamstw. Problem w tym, że to nie one same zyskały znaczenie. To znaczenie zostało im nadane. Przez polityków. Przez radnych. Przez osoby publiczne, które klikając „lubię to”, pokazują swoim wyborcom: „to jest źródło, na które warto zwrócić uwagę”.

Reklama

I w tym momencie kończy się niewinność. Bo nie da się jednocześnie legitymizować takich treści i później oburzać się na ich skutki. Nie da się budować zasięgów „aktywistom”, a potem dziwić się, że zaczynają wyznaczać ton debaty. To działa zawsze tak samo.

Najpierw jest obserwowanie. Potem lajki. Później udostępnienia. A na końcu – cytowanie na sesji. Nawet jeśli w formie krytyki, to i tak oznacza, że te treści weszły do oficjalnego obiegu. Widać nazwiska. Widać twarze znanych osób. Widać, kto obserwuje, kto reaguje. To nie jest anonimowy świat. A mimo to, gdy pojawiają się nieprawdziwe informacje – cisza. Bo to dotyczy „innego” radnego. Bo to nie moja sprawa. Bo nie warto się wtrącać. Do czasu. Do momentu, kiedy ta sama fala uderza w „swoich”.

Reklama

Wtedy nagle pojawia się refleksja o standardach, o odpowiedzialności, o tym, że „tak nie można”. Tyle że wtedy jest już za późno. Bo dezinformacja nie bierze się znikąd. Ona rośnie tam, gdzie ma przyzwolenie. Gdzie nikt jej nie zatrzymuje. Gdzie osoby publiczne, świadomie lub nie, pomagają jej się rozprzestrzeniać. A potem pojawiają się pomysły odwoływania prezesów przez radnych. Oczekiwania, które nie mają podstaw prawnych. Presja społeczna zbudowana na nieprawdziwych przesłankach, na emocjach facebookowych.

I znów zdziwienie.

Reklama

Tylko że to nie jest przypadek. To jest efekt. Efekt milczenia, kiedy trzeba było mówić. Efekt lajka, który „nic nie znaczył”. Efekt obserwowania, które stało się przyzwoleniem. W lokalnej polityce naprawdę niewiele rzeczy dzieje się samo. Dziś, w czasach, w których żyjemy, odpowiedzialność za to, z kim rozmawiamy, kogo cytujemy i kogo uwiarygadniamy przez obserwowanie na Facebooku, staje się jedną z podstawowych powinności osób publicznych.

To nie jest detal. To jest fundament kogo dopuszczamy do debaty publicznej. Radni nie są tylko uczestnikami dyskusji. Są jej współtwórcami. I w dobie dezinformacji każdy ich gest, nawet pozornie niewinny jak lajk, ma znaczenie.

Reklama

[email protected]

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości