Reklama

Michał Matraj z Wołowa wraz z innymi ratownikami działa już w Ukrainie

24/03/2022 20:28

Michał Matraj z Wołowa wyjechał niedawno na Ukrainę, by tam wesprzeć grupę ratowników, którzy już wcześniej pracowali w miejscach objętych działaniami zbrojnymi.

- Jesteśmy grupą ratowników medycznych. Znamy się. Pracowaliśmy już z sobą, również w miejscach objętych działaniami zbrojnymi. Wykorzystując te doświadczenia, wzajemne zaufanie naturalną koleją rzeczy było to, że wracamy na Ukrainę...- piszą o sobie ratownicy, którym potrzebna jest pomoc i wsparcie do realizacji podejmowanych w Ukrainie działań.

TUTAJ możesz zobaczyć, jak działają ratownicy z grupy International Rescue Mission

Michał Matraj był w miejscu, w którym zaczęła się wojna- rozmowa Kuriera Gmin


Michał Matraj z Wołowa jest od 17 lat ratownikiem medycznym. Po dwóch latach pracy w pogotowiu wyjechał w 2007 roku do Afganistanu z naszym wojskiem. Wojna zastała go na Ukrainie, w Siewierodoniecku. Tam od półtora roku pomagał ludności cywilnej. To, co zobaczył 24 lutego, w dniu napaści Rosjan na Ukrainę, ciężko mu opisać. - Takich rzecz nie widziałem w Afganistanie. To jest zupełnie inna wojna. Ta wojna to ludobójstwo - opowiada. - Wrócił do Polski, ledwo wydostając się z wojennego terenu. Ale wkrótce tam wraca, aby dalej pomagać Ukraińcom.

Reklama

 - W Afganistanie spędziłem z przerwami 7 lat - opowiada Michał Matraj, ratownik medyczny z Wołowa. Wrócił 9 października 2020 roku z Kandaharu, a 19 października wyjechał na Ukrainę z misją OBWE, jako ratownik medyczny, do Siewierodoniecka. Mieszkał 70 km od Ługańska, 15 km od linii kontaktu jak to wcześniej nazywano.

- Wojna trwała w tym rejonie od 2014 roku.

- Trwała od 8 lat. Ale była ona lokalna. Była linia kontaktu, wszyscy byli na swoich pozycjach. Po jednej separatyści z Donbasu, po drugiej Ukraińcy, po środku pas ziemi niczyjej. My, jako obserwatorzy OBWE jeździliśmy po wsiach, pomagaliśmy, obserwowaliśmy co się dzieje. Były one zniszczone, bo walki ciągle trwały, ale były to pojedyncze ostrzały pozycji militarnych, prowokowane przez strony.

Reklama

- Co się tam działo kilka dni przed rozpoczęciem regularnych walk? Widzieliście, że Rosjanie zaatakują? 

- W poniedziałek, czyli trzy dni przed inwazją i uznaniem republik ludowych, u nas w nocy już było bardzo gorąco. Ostrzały padały coraz częściej, strzelali separatyści. Już w poniedziałek, nie dojechaliśmy do miejscowości, które mieliśmy w planie odwiedzić. Wycofaliśmy się, bo ostrzał był coraz cięższy, z broni artyleryjskiej. Strona ukraińska odpowiadała. Szczastia, została zbombardowana jeszcze przed czwartkiem. Ludność cywilna straciła tam swoje domy.  W środę dostaliśmy mnóstwo informacji od kolegów z Doniecka i Ługańska, że wojska rosyjskie wjechały od strony granicy z Rosją. Nasze patrole zostały wstrzymane. W czwartek, o godzinie 4.15, gdzie był nasz posterunek wysunięty 2 km od linii kontaktu, nasi nie mogli się stamtąd ewakuować. Stanica Ługańska już była pod ostrzałem. O godzinie 4.15 napisali nam, abyśmy uważali na siebie, chowali się gdzie możemy, bo idzie ostry ostrzał z ich strony. O 4.55 zaczęli strzelać do nas. Wszystko dudniło, z nieba leciał grad pocisków z samolotów, które przeleciały nad miastem. Bombardowali lotnisko i całą infrastrukturę przy nim. To trwało do godziny 11 - 12 - jeden wielki, ostrzał, budynki i ziemia się trzęsła. Ciągle nikt do końca nie wierzył, że ta wojna rozpocznie się w całym kraju.

Reklama

-Jak wyglądały pierwsze godziny wojny? 

- Ewakuowaliśmy się do schronów  i tam czekaliśmy na to, co będzie dalej. Dzień wcześniej przed inwazją, po orędziu Putina, razem staliśmy na drodze z chłopakami, z którymi tam pracowaliśmy i patrzyliśmy ze łzami w oczach, jak przez miasto jedzie wojsko w stronę lini kontaktu, właściwie to już na front,  ciężki sprzęt. Sznur wozów, czołgów - były ich kilometry, jechali tak już od wtorkowej nocy. Głos się łamał, łzy w oczach. Wiedzieliśmy, że jadą na wojnę. Ale tej wojny jeszcze nikt nie wyobrażał sobie. Do końca każdy miał nadzieję, że to się nie wydarzy.

Reklama

- 24 lutego, przed godzina 5 rano Rosja zaatakowała ukraińskie miasta.

- Zaczęło się 24 lutego. O 4:55 rano już nie mogliśmy wyjść z domu. Przedostaliśmy się do prowizorycznego schronu, głębszej piwnicy. Tam znosili rannych. Nie mieliśmy sprzętu, żeby leczyć ludzi. Z tego co znaleźliśmy w tej piwnicy, zapasów które mieliśmy przy sobie, starych łóżek, biurek, robiliśmy medyczne stanowiska. Około godziny 13 - 14 ucichły ostre ostrzały, zaczęło działać pogotowie lokalne. Ewakuowaliśmy się do naszej bazy, tam mieliśmy drugi schron, przerzucili nas taksówkarze, którzy cały czas pracowali, wozili medyków, rannych, dzieci, każdego kto tego potrzebował. 

Reklama

- Ile trwał chwilowy spokój?

- O godzinie 17- 18 znów zaczął się ostrzał. Nie da się opisać tego huku. Już wcześniej około 8 rano dotarła do nas informacja o nakazie ewakuacji ludności cywilnej ale ta ewakuacja nie była możliwa. Ludność cywilna dostawała informacje, że muszą opuścić miasto, lecz nie było jak bo cały czas trwał ostrzał wszędzie dookoła, drogi zablokowane, miasto odcięte.

- A Wasza grupa ratowników medycznych? Co planowaliście zrobić?

- Nasz plan ewakuacji zmieniał się wiele razy, co chwile docierały nowe informacje, szukano alternatyw, pierwotny plan zakładał dotarcie do granicy z Polską jednak to było juz niemożliwe, musielibyśmy jechać przez Charków a tam dookoła miasta toczyły się bitwy, obraliśmy kierunek na Mołdawię. To było trudne, bo drogi były zablokowane kolumnami pojazdów wojskowych, setkami tysięcy ludności cywilnej, która w pośpiechu też chciała uciekać. Wyjechaliśmy następnego dnia, 25 lutego. Noc była bardzo niespokojna, ciągły ostrzał. O godzinie 14:15 wyjechaliśmy. Czekaliśmy jeszcze na grupę, która jechała do nas z ostrzeliwanego miasta. Wiedzieli, że jak nie wyjadą już tam zostaną. Kiedy przyjechali, płakaliśmy ze szczęścia, że się im udało. Razem pojechaliśmy dalej.

Reklama

- Droga do Polski, to była droga przez mękę.

- To była droga do wolności. Z Siewierodoniecka do granicy z Mołdawią jechaliśmy 60 godzin. Droga do wolności była długa - wszyscy zmęczeni - na granicy czekaliśmy 12 godzin, tylu było uchodźców. Same matki z dziećmi, wielkie dramaty. Kobiety z jedną siatką, z dziećmi na rękach, stały same. Mężczyźni odprowadzali je i wracali na front.

- Co widzieliście po drodze?

- Wszędzie wojsko, w każdą stronę. Ogromne problemy z paliwem, tylko wojsko mogło tankować - limity do 10 litrów, dla nas to 100 km drogi. Jadąc widzieliśmy, jak ludność cywilna szykuje się na obronę, buduje barykady, worki z piaskiem, betony, czeskie jeże, kobiety robią koktajle Mołotowa, zamykają drogi, umacniają je, aby zatrzymać rosyjskie czołgi. Na każdej barykadzie ludność cywilna, która mówiła, że się nie ruszy, bo to ich ziemia, ich kraj.

Reklama

- A którędy dostaliście się do Polski?

- Z Mołdawii, z Kisziniowa dostaliśmy się do Rumunii i stamtąd do Wiednia, Frankfurtu i Polski. Na granicy mołdawsko - rumuńskiej stało tysiące uchodźców. Ludzie szli dalej, za Mołdawię, która jest bardzo biedna i także zagrożona. Lotnisko było oblegane, czekaliśmy tam na lot od 4 rano do 14.  Przez kilka godzin nie mogliśmy wejść do terminalu ponieważ ludzie nie mieścili się w środku. Do Polski, do Wrocławia wracałem 9 dni. Zabrałem tylko jedną torbę, byłem tam półtora roku.

Reklama

- Byłeś w Afganistanie, a jednak to, co zobaczyłeś na Ukrainie Cię przeraża.

- Byłem w Afganistanie, ale takiej wojny nie widziałem. To jest zupełnie inna wojna. Tutaj się strzela do ludzi z każdej strony bronią konwencjonalną i niekonwencjonalną. Ostrzał idzie z każdego rodzaju broni. To, co się tam dzieje, wygląda jak z filmu. Do tego te straszne zbrodnie na ludności cywilnej. Obecnie w Siewierodoniecku jest minus osiem stopni. Ludzie tam zostali bez gazu, prądu, jedzenia. To jest dramat. Nie działają sklepy, banki, apteki, nie ma nic. Wszystko zostało zbombardowane, spalone, zrównane z ziemią. Siedzą po piwnicach. Nie ma się już jak wydostać, bo miasto jest zaminowane.

Reklama

- Zostali i czekają na pomoc.

- Fala uchodźców dopiero dotrze do Polski. Ludzie jadą, pociągi są zapakowane po sam sufit. Nie wszyscy się mieszczą w nich. Pociągi ewakuacyjne są niestety też  celem ostrzału, więc nie ma jasnych komunikatów, kiedy jaki pociąg przyjedzie, więc tysiące siedzą na peronach i czekają. Siedzą z jednym plecakiem.

- Będąc tyle lat w różnych rejonach, poznałeś tez Rosjan. Masz z nimi dziś kontakt? Oni wiedzą, co się dzieje na Ukrainie?  

- 9 lat temu byłem na Syberii. Poznałem tam Rosjanina, młodego chłopaka, Denisa. W trakcie ewakuacji napisałem do niego, chcąc sprawdzić jaką ma wiedzę na temat tego, co się dzieje na Ukrainie. Odezwał się po dwóch dniach. Napisał mi, że wszystkie media są zablokowane w Rosji, a mieszkańcy mają wiedzę, że coś się dzieje złego, ale nie wiedzą co. On mieszka na Syberii, służył 4 lata w rosyjskim wojsku, obecnie pracuje jako pracownik biurowy. Od momentu inwazji widział, że wszystko strasznie drożeje, za chwilę będzie głód w Rosji.  Zacząłem go prosić, aby przekazywał ludziom, co się tu dzieje, on nie wierzył w to, co ja mu pisałem. Przekazywał mi, że wojsko rosyjskie ginie, bo chroni ludność cywilną i oni likwidują nazistów. Wysłałem mu zdjęcie mojego zniszczonego domu; wysłałem mu filmy, aby zobaczył, co się dzieje. Przerosił i napisał, że cały świat nie nawidzi Rosjan. Od kilku dni moje wiadomości do niego nie dochodzą.

Reklama

- Pakujesz się już i organizujesz już pomoc humanitarną.

- Wracam na Ukrainę. Stworzyliśmy dwa zespoły medyczne. Lekarz wojskowy, którego poznałem w Afganistanie jest zastępcą Dowódcy Szpitala Wojennego w Równem. Nasze zadanie jest takie, aby do nich dostarczać pomoc. Oni nic nie mają, do dzisiaj nie dotarła do nich żadna pomoc, swoje zapasy wysłali na front pod Kijów. W zbiórkę zaangażowali się mieszkańcy Wołowa. Bardzo im dziękuje. Czekamy na dwie karetki, które ma nam przekazać fundacja z Niemiec. Nimi pojedziemy. Nasz plan jest taki, aby zabrać dwoje dzieci ciężko chore z Kijowa, do Równego i dalej do Polski, szpital cywilny w Równym także zaczyna ewakuować pacjentów, będziemy im pomagać jak tylko się da, w jedna stronę dostarczać materiały medyczne, kroplówki, opatrunki i to co mieszkańcy Wołowa zebrali, lista jest bardzo długa, w drugą stronę będziemy zabierać pacjentów. W szpitalu w Równem zepsuł siesię agregat prądotwórczy, jak padnie elektryczność szpital straci zdolność leczenia, blok operacyjny, OiOM przestaną działać, staramy siesię znaleźć agregat dla nich o mocy 50kW. 

W szpitalach nie ma nic, wszystko idzie na front. Brakuje dosłownie wszystkiego - od bandażu, igieł, kroplówek po leki. Będziemy robić wahadło pomiędzy szpitalem a granicą i tak dostarczać pomoc. Gwarantujemy, że Wasza pomoc dojedzie do konkretnego szpitala wojennego i cywilnego w Równem. Pokażę wam, że ta pomoc tam dotarła.

Jestem wdzięczny mieszkańcom Wołowa i burmistrzowi tego miasta za pomoc, jaką organizują. Wielki szacunek i podziw. 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości