Reklama

Pojechali do Wrocławia promować Wińsko. I dobrze. Ale...

W weekend podczas Dni Odry we Wrocławiu gmina Wińsko pokazywała swoje atrakcje, szlaki, historię, obserwatorium, Garnierówkę, zalew, opowieści o dawnej cukrowni, noclegi i lokalne smaki. Było stoisko, rozmowy, przypinki, krówki i goście. I bardzo dobrze, że pojechali. Tylko czytając takie relacje, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z promocją małych gmin mamy od lat ten sam problem.




Jedziemy do dużego miasta, rozstawiamy stoisko, robimy zdjęcia, opowiadamy, że „u nas jest pięknie", po czym wracamy z poczuciem dobrze wykonanej roboty.

A potem zostaje pytanie: czy ktoś naprawdę przyjedzie?

Bo Wińsko nie leży pod Wrocławiem. Leży dosłownie na skraju województwa. Tam nie wpada się przypadkiem. Żeby tam dotrzeć, trzeba wsiąść w auto i świadomie pojechać.

I jeśli ktoś z Wrocławia ma poświęcić godzinę czy dwie, zatankować, spakować rodzinę i ruszyć w drogę, to musi wiedzieć jedno:

Po co?

Bo małe miasta i gminy mają dziś ogromny problem. Nie z tym, że nie mają czym się pochwalić. Wręcz przeciwnie, często mają więcej autentyczności niż wielkie ośrodki. Historię, naturę, przestrzeń, ludzi i miejsca, których nie znajdzie się nigdzie indziej.

Problem w tym, że coraz częściej oddalają się od dużych miast nie kilometrami, tylko pomysłem na siebie i murem, który sami tworzą.

Bo promocja to nie jest już powiedzenie: „mamy potencjał". Promocja zaczyna się wtedy, kiedy ktoś po przeczytaniu mówi: dobra, jadę. I może właśnie tu jest największe wyzwanie. Mniej zdjęć samorządowców przy stoiskach, mniej opowieści o tym, że jest pięknie, a więcej odpowiedzi: co mam tu przeżyć?

Bo czasem mam wrażenie, że w małych gminach promocja wygląda tak: stoi wójt, wicewójt albo urzędnik na stoisku i mówi: „zapraszamy do nas". A turysta myśli: „ale po co?"

I nie piszę tego złośliwie.

Bo szkoda byłoby, żeby miejsca z potencjałem przegrały nie dlatego, że są daleko, tylko dlatego, że nikt nie potrafił ich naprawdę opowiedzieć. A Facebook i AI to tylko narzędzia. Robotę i tak musi wykonać człowiek.

I na koniec, życzę wszystkim samorządom trochę więcej odwagi do współpracy i trochę mniej przekonania, że wszystko da się zrobić samemu. Bo czasem mam wrażenie, że wygląda to tak: urzędnicy pakują baner do auta, jadą do dużego miasta, ustawiają stoisko, zrobią kilka zdjęć, wracają i na Facebooku czytamy, że „gmina pięknie się zaprezentowała".

Tylko promocja miejsca nie działa jak delegacja służbowa, od obecności jeszcze nikt nie przyjechał. Małe miasta nie potrzebują więcej zdjęć urzędników na tle roll-upów. Potrzebują ludzi, emocji, współpracy z lokalnymi mediami, przedsiębiorcami, organizacjami i mieszkańcami. Bo to oni sprzedają miejsce, nie stoisko.

Można oczywiście pojechać po cichu, wrócić i napisać, że było cudnie. Ale równie dobrze można zrobić sobie zdjęcie pod urzędem i oszczędzić paliwo. Efekt promocyjny bywa podobny.

A szkoda. Bo potencjał jest ogromny. Tylko potencjał, którego nikt nie wyciąga na światło dzienne, pozostaje... potencjałem.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 25/05/2026 07:40
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości