Od kilku dni samorządowcy przesyłają sobie jedno zdjęcie. Krąży po telefonach, grupach, Messengerach. Zrzut z Facebooka Marka Wocha z Ogólnopolskiej Federacji Bezpartyjni i Samorządowcy. I jedno nazwisko, które przykuwa uwagę wszystkich. Janusz Dziarski.
Felieton po weekendzie
Były wołowski „statysta" lokalnej polityki, dziś, jak mówią niektórzy, lekko zdezelowany po przegranej bitwie o powiat. Została mu opozycja. I łatka, która przykleiła się mocniej niż jakakolwiek partyjna przynależność „leń". Słowo rzucone publicznie na sesji przez jednego z radnych. Słowo, które w polityce lokalnej żyje własnym życiem.
A teraz nowe rozdanie.
Dziarski wychodzi z PiS i pojawia się u Marka Wocha. W środowisku, które samo musi tłumaczyć, że to nie ci Bezpartyjni Samorządowcy. I które jak coraz częściej słychać skręca w stronę radykalniejszych klimatów.
I tu zaczyna się prawdziwa historia.
Bo to już nie jest tylko pytanie: gdzie jest dziś Dziarski?
To jest pytanie: jaką drogę wybiera polityk, który nie chce zniknąć?
Jeszcze niedawno współrządził w powiecie z PO. PiS to widział. PO wyciągała konsekwencje wobec swoich. Dziś PiS mówi krótko: nie ma go u nas. Sam odszedł.
Tylko czy naprawdę?
Czy raczej, jak mówią nieoficjalnie, drzwi po prostu się zamknęły?
Bo PiS zaciska szeregi. Weryfikuje. Porządkuje. Ci, którzy byli „pomiędzy", dziś mogą nie mieć już miejsca.
A polityka nie znosi próżni.
Więc pojawia się Woch. I jego projekt, budowany z ludzi, którzy:
– mają nazwiska,
– mają historię,
– ale stracili swoje miejsce w głównym nurcie.
To nie jest przypadek. To jest strategia.
Budowanie przybudówki. Zaplecza. Struktur, które jutro mogą być języczkiem u wagi. Bo dziś nie chodzi już tylko o to, kto wygra. Chodzi o to, kto będzie potrzebny do rządzenia.
I tu wracamy do Dziarskiego.
Bo jego historia to nie jest historia jednego polityka.
To jest historia systemu, który się zmienia.
Koalicje „każdy z każdym" się kończą. Samorządy się upartyjniają, a przed nami wybory parlamentarne. To być lub zgnić więzieniu - mówią politycy w kuluarach. Linie podziału się zaostrzają. I nagle okazuje się, że nie wystarczy już „być". Trzeba się określić.
A jeśli ktoś był wszędzie po trochu, to dziś nigdzie nie jest do końca.
I żadna nowa nazwa tego nie przykryje.
Bo w polityce można zmienić szyld.
Można zmienić barwy.
Można zrobić nowe zdjęcie na Facebooku.
Ale pamięci wyborców nie resetuje się tak łatwo.
A ta wbrew pozorom, bywa bardzo konkretna.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze