Spotkanie, które przełamuje lęki i pozwala spojrzeć na siebie z nową czułością. Katarzyna Lorenc, doświadczona fotografka i współtwórczyni podcastu „Bliżej Kobiet”, opowiada o drodze do autentyczności, surowych plenerach i wydobywaniu z nas niesformatowanej tożsamości. Przeczytajcie wyjątkową rozmowę o przełamywaniu wstydu, samoakceptacji i sile, jaka kryje się w naturalności przed obiektywem.
– Kasiu, znalazłam cię na Instagramie, wpadł mi wtedy oko czarno biały kadr: natura, kobieta leży na boku, w zasadzie półnaga, ale nie wulgarna. Jedną rękę ma uniesioną do góry, zgiętą w łokciu. Niby wszystko odkryte, a zakryte. Piękne światło i jej spokój. Wtedy poczułam, że gdybym miała się fotografować, to tylko z tobą. Czym przyciągasz kobiety? Bo to na nich chcę się dziś skupić.
– Myślę, że przyciągam kobiety tym, że nie próbuję ich zmieniać ani wpisywać w gotowy obraz kobiecości. Pokazuję je takimi, jakie są -z ich siłą, delikatnością, spokojem, historią i ciałem, które nie musi być idealne, żeby było piękne.
Bardzo zależy mi na tym, żeby zmysłowość na moich zdjęciach nigdy nie była wulgarna ani wystawiona na pokaz. Interesuje mnie subtelność, niedopowiedzenie, gest, światło i emocja. Kobieta może być odkryta, a jednocześnie czuć się bezpieczna, podmiotowa i w pełni sobą.
Być może kobiety wyczuwają też, że naprawdę je widzę i nie oceniam. Nie fotografuję ciała jak przedmiotu. Fotografuję człowieka, jego wrażliwość, doświadczenia i to, co często przez lata było chowane.
Myślę, że przychodzą do mnie również dlatego, że chcą zobaczyć siebie inaczej niż zwykle. Nie oczami krytyki, porównań czy cudzych wymagań, ale z większą czułością. W głębi duszy, każda z nas chce poczuć, że może być jednocześnie silna i krucha, zmysłowa i spokojna, odważna i niepewna. Wszystkie te części mogą istnieć obok siebie.
– Masz za sobą 12 lat pracy z aparatem. Czy w pewnym momencie proste rzemiosło i technika przestały ci wystarczać i sięgnęłaś po autentyczność? Bo twoje fotografie są autentyczne, czasem do bólu.
– Tak zupełnie szczerze, chyba nigdy nie traktowałam fotografii wyłącznie jako rzemiosła. Od początku była dla mnie formą wyrażania tego, co działo się we mnie i wokół mnie. Oczywiście technika jest potrzebna, ale nigdy nie była dla mnie celem samym w sobie. Nie myślałam o fotografii jak o zbiorze parametrów. Kiedy kończyłam szkołę fotograficzną, nie znałam setek modeli aparatów i wszystkich ich funkcji, ale czułam światło, ekspozycję i emocje. Wiedziałam, jaki obraz chcę stworzyć i co chcę za jego pomocą powiedzieć.
Moja droga do autentyczności nie była jednak oczywista. Zaczynałam od fotografii mocno artystycznej i kreacyjnej. Kobiety na moich zdjęciach stawały się drzewami, wodnymi rusałkami czy postaciami z innej epoki. Być może w tamtym czasie nie byłam jeszcze gotowa, żeby wpuścić do swoich fotografii prawdziwe życie. Być może próbowałam też za wszelką cenę stworzyć coś wyjątkowego i odróżnić się od innych.
Podobnie było w studiu. Zdjęcia były pięknie malowane światłem, ale kobiecość często przedstawiałam za pomocą bielizny, szpilek czy czerwonej szminki. To był określony obraz kobiety, efektowny, ale niekoniecznie pełny.
Przełom w mojej fotografii musiał zostać poprzedzony przełomem we mnie samej, w postrzeganiu własnej kobiecości i w relacjach z innymi kobietami. Przez długi czas nie były to dla mnie łatwe relacje. Miało to związek między innymi z moją relacją z mamą, ale też z przekonaniami, które nosiłam w sobie. Kobiety kojarzyły mi się z rywalizacją, plotkami, zazdrością i brakiem wzajemnego wsparcia. Znacznie bezpieczniej czułam się w męskim towarzystwie.
Kiedy zostałam mamą, los postawił na mojej drodze grono kobiet, które zaczęły mnie prawdziwie i bezinteresownie wspierać. Macierzyństwo otworzyło mi oczy na zupełnie inną stronę kobiecości, nie tę definiowaną przez szpilki, bieliznę i makijaż, ale przez siłę, przemianę, kruchość i niezwykłą pracę, jaką wykonuje nasze ciało.
Zobaczyłam, jak ciało się zmienia, jak wiele potrafi znieść, jak hormony wpływają na nasze emocje i sposób myślenia. Zaczęłam dostrzegać piękno nie w idealnym obrazie, ale w prawdzie o kobiecie i w historii zapisanej w jej ciele. Wtedy przestałam retuszować twarze i usuwać ze zdjęć znamiona, blizny czy inne charakterystyczne elementy wyglądu. Kiedy ktoś prosi mnie o taką zmianę, często odpowiadam: „Ale wtedy to już nie będziesz ty. Zniknie część twojej historii i prawdziwego wspomnienia”.
Nie chodzi o to, że technika przestała mi wystarczać. To raczej ja przestałam potrzebować perfekcji, która zakrywa człowieka. Dziś chcę opowiadać o prawdziwym pięknie i prawdziwych historiach. Czasem są one surowe, czasem delikatne, a czasem rzeczywiście bolesne. Ale właśnie dlatego są żywe i ważne.
– Kobiety czasem mają wyobrażenie, że sesja to wyuczone pozy. W jaki sposób weryfikujesz te oczekiwania na planie, aby wyciągnąć na światło dzienne ich własną, niesformatowaną tożsamość?
– To proste: daję kobiecie przestrzeń, czułość i zrozumienie. Obserwuję, jak się porusza, kiedy się spina, a kiedy zaczyna odpuszczać. Podpowiadam ruch, gest, kierunek spojrzenia, czasem proszę, żeby przeszła się, zamknęła oczy, odetchnęła albo zrobiła coś zupełnie naturalnego. To nie jest odtwarzanie konkretnej figury, tylko szukanie takiego momentu, w którym ona przestaje „pozować do zdjęcia”, a zaczyna po prostu być.
Bardzo ważne jest też to, że naprawdę się zachwycam. Nie mówię tego po to, żeby kogoś sztucznie ośmielić. Ja naprawdę widzę w kobietach rzeczy, których one często same już w sobie nie dostrzegają -siłę, delikatność, piękny gest, spojrzenie, sposób poruszania się. Kiedy kobieta czuje, że nie jest oceniana, tylko zauważana, zaczyna się rozluźniać.
– Twój proces to nie tylko naciśnięcie spustu migawki, to wydobywanie emocji. Jak to robisz, że każda z nas na zdjęciach to unikat i prawda?
– Bo widzisz, każda z nas już jest unikatowa i prawdziwa. Ja nie muszę tego wymyślać — moim zadaniem jest to zauważyć i stworzyć warunki, w których ta prawda może się pokazać.
Przed każdą sesją spotykam się z klientką na konsultacji, która jest po prostu rozmową. Rozmawiamy nie tylko o pomyśle na zdjęcia czy oczekiwaniach. To początek całego procesu, poznajemy się, słuchamy siebie nawzajem i budujemy zaufanie.
Myślę też, że mam łatwość tworzenia przyjaznej, bezpiecznej atmosfery. Być może dlatego, że do każdej sesji podchodzę z sercem. Kobieta nie jest dla mnie tylko klientką, która przychodzi, płaci, a ja wykonuję usługę. Widzę w niej człowieka z emocjami, doświadczeniami i wyjątkową historią.
– Porozmawiajmy o wstydzie i nieszczęsnych ramach, w które zostałyśmy wtłoczone. Nie każda z nas ma odwagę uwierzyć, że jest piękna taka, jaka jest. Czy często spotykasz się z obawą, brakiem akceptacji siebie? Jak to przełamujesz? Czy pojawiają się łzy? Jak budujesz bezpieczeństwo i komfort?
– Tak, bardzo często spotykam kobiety, które przychodzą do mnie z obawą, wstydem i przekonaniem, że nie są wystarczająco piękne, szczupłe, młode czy fotogeniczne. Przez lata byłyśmy wtłaczane w ramy, które mówiły nam, jak powinnyśmy wyglądać, jak się zachowywać i co w sobie ukrywać. Nic więc dziwnego, że wiele kobiet patrzy na siebie znacznie surowiej, niż patrzą na nie inni.
Nie próbuję nikogo na siłę przekonywać, że ma natychmiast pokochać każdą część siebie. Zaczynamy spokojnie. Rozmawiamy, oswajamy emocje, poznajemy swoje granice. Sesja nie jest dla mnie jedynie robieniem zdjęć. To spotkanie z kobietą, jej historią, wrażliwością i tym wszystkim, co do tej pory być może próbowała schować.
Bezpieczeństwo buduję poprzez uważność i brak oceniania. Kobieta zawsze wie, co będzie się działo, ma wpływ na przebieg sesji i może w każdej chwili powiedzieć „nie”, zatrzymać się albo zmienić zdanie. Nie oczekuję od niej, że będzie umiała pozować. Prowadzę ją krok po kroku, dbam o atmosferę, muzykę, rozmowę i czas na oddech. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby nie musiała niczego udowadniać ani udawać kogoś, kim nie jest.
I tak, czasami pojawiają się łzy. Zdarza się, że są to łzy wzruszenia, ulgi albo zaskoczenia, kiedy kobieta po raz pierwszy od dawna widzi siebie z czułością, a nie przez filtr krytyki. To bardzo intymne i ważne momenty. Nigdy ich nie przyspieszam ani nie próbuję zagłuszać. Daję im przestrzeń. Czasem sesja nie rozwiązuje wszystkich problemów z samoakceptacją, ale może być pierwszym krokiem. Momentem, w którym kobieta zaczyna patrzeć na siebie trochę łagodniej.
– W nazwach twoich projektów często przewija się słowo „czułe” – czułe spotkania dla mam, czuły plener. Jak definiujesz tę czułość w fotografii?
– Czułość w fotografii definiuję przede wszystkim jako uważność. To sposób patrzenia na drugą osobę bez oceniania, bez poprawiania jej na siłę i bez oczekiwania, że będzie kimś innym, niż jest.
Dla mnie czułość pojawia się już przed zrobieniem zdjęcia — w rozmowie, w stworzeniu przestrzeni, w której kobieta może zwolnić, odetchnąć i poczuć się bezpiecznie. To także szacunek do jej granic, emocji, historii i tempa. Nie każda osoba od razu czuje się swobodnie przed obiektywem i to jest całkowicie w porządku.
W samych kadrach czułość to drobne gesty, spojrzenia, bliskość, ruch dłoni, zmarszczki, śmiech, czasem zmęczenie albo wzruszenie. Nie szukam idealnego obrazu. Szukam prawdy i piękna, które często kryje się właśnie w tym, co naturalne i niedoskonałe.
Chcę, żeby sesja była czymś więcej niż tylko spotkaniem z aparatem. Chcę, żeby była doświadczeniem, po którym kobieta czuje, że została naprawdę zauważona.
– Chyba kochasz plener, surowe żywioły, wiatr czy wodę. To musi być wyzwanie. Gdzie szukasz miejsc, pomysłów na takie sesje i co w nich cenisz najbardziej? Co lubią w nich kobiety?
– Tak, bardzo kocham plenery, szczególnie te trochę surowe i nieprzewidywalne. Wiatr, woda, piasek, wysokie trawy czy otwarta przestrzeń sprawiają, że zdjęcia zaczynają żyć własnym rytmem. Oczywiście bywa to wyzwaniem, bo nie da się kontrolować wszystkiego, ale właśnie to najbardziej mnie w nich pociąga.
Miejsc szukam bardzo intuicyjnie. Czasem zauważam je podczas spaceru albo podróży, czasem wracam do przestrzeni, które znam, ale patrzę na nie inaczej, przez pryzmat konkretnej kobiety i jej historii. Pomysły często rodzą się również ze światła, pogody, koloru nieba czy ruchu natury. Nie szukam wyłącznie pięknego tła. Szukam miejsca, które pomoże stworzyć określony nastrój i wydobyć emocje.
Najbardziej cenię w takich sesjach wolność i autentyczność. W plenerze trudniej wszystko nadmiernie kontrolować. Wiatr porusza włosy i ubrania, woda wymusza spontaniczność, a nierówny teren sprawia, że ciało porusza się naturalniej. Kobieta nie musi idealnie pozować, bo sama natura daje jej ruch, oddech i przestrzeń.
Myślę, że kobiety lubią w tych sesjach poczucie oderwania od codzienności. To często jest dla nich mała przygoda, moment tylko dla siebie, możliwość wyjścia z roli, w której funkcjonują każdego dnia. Na początku czasem obawiają się chłodu, wiatru czy tego, że coś nie będzie idealne, ale później właśnie te elementy dają im największą swobodę.
– Z zaciekawieniem poznajesz historie kobiet. Czy ten proces odbywa się podczas rozmowy przed sesją, czy jest to coś, co „czytasz” z nich już w trakcie pracy z aparatem?
– Myślę, że jedno i drugie. Wiele zaczyna się jeszcze przed sesją, podczas rozmowy. Pytam nie tylko o oczekiwania wobec zdjęć, ale też o to, z czym dana kobieta przychodzi, czego się obawia i jak chciałaby siebie zobaczyć. Czasem już wtedy pojawiają się bardzo osobiste historie, a czasem ktoś potrzebuje więcej czasu, żeby się otworzyć.
Nie oczekuję jednak, że kobieta opowie mi o sobie wszystko. W trakcie sesji wiele rzeczy wyczuwam z jej sposobu poruszania się, spojrzenia, napięcia w ciele, reakcji na aparat czy momentów, w których zaczyna odpuszczać kontrolę. Staram się tego nie interpretować na siłę, tylko uważnie obserwować i podążać za nią.
Często właśnie podczas fotografowania wydarza się coś ważnego. Kobieta zaczyna czuć się swobodniej, mówi więcej, pokazuje emocje, których wcześniej nie planowała odsłaniać. Wtedy aparat nie jest dla mnie barierą, ale narzędziem, które pozwala mi jeszcze uważniej ją zobaczyć.
Nie chodzi mi jednak o „odczytywanie” kogoś czy odkrywanie jego tajemnic. Bardziej o stworzenie takiej przestrzeni, w której kobieta może pokazać tyle siebie, na ile w danym momencie jest gotowa. Każda historia ma własne tempo, a moją rolą jest je uszanować.
– Oprócz fotografii, zajmujesz się podcastem. Opowiedz o nim.
– Podcast Bliżej Kobiet, który nagrywam między innymi z moja przyjaciółką Martą- miał pierwotna nazwę- Kawka z Akademią i miał być kierowany tylko do fotografek. jednak szybko te nasze rozmowy stały się rozmowami o kobiecym życiu, bolączkach, wyzwaniach. Poczułam, że ja właśnie chcę iść w tym kierunku, że chcę aby był naturalnym przedłużeniem fotografii. W zdjęciach opowiadam historie obrazem, a w podcaście mogę dać kobietom więcej przestrzeni na ich głos, doświadczenia i emocje.
Rozmawiam o kobiecości, samoakceptacji, relacji z ciałem, zmianach, macierzyństwie, odwadze i momentach, w których próbujemy odnaleźć siebie na nowo. Interesują mnie nie tylko historie sukcesów, ale przede wszystkim prawdziwe życie- zwątpienie, wstyd, trudne emocje, zmiany i proces dochodzenia do miejsca, w którym zaczynamy traktować siebie z większą czułością.
Przy tworzeniu podcastu, oprócz tego, że nagrywam go z Martą, współpracuję z psycholożką, która w przystępny sposób wyjaśnia mechanizmy kierujące naszymi emocjami, reakcjami, decyzjami i relacjami. Pomaga zrozumieć, skąd biorą się nasze lęki, przekonania, napięcia czy schematy, które często nieświadomie powtarzamy.
To przestrzeń, w której kobiety mogą odnaleźć wiele odpowiedzi na pytania dotyczące tego, co działo się z nimi w różnych momentach życia- na przykład podczas ciąży, po porodzie, w macierzyństwie, w relacjach czy w okresach dużych zmian. Czasem dopiero po wysłuchaniu rozmowy zaczynają rozumieć swoje emocje i reakcje, które wcześniej wydawały im się dziwne, niezrozumiałe albo niewłaściwe.
Bardzo ważne jest dla mnie również poczucie wsparcia i wspólnoty. Chcę, żeby kobieta słuchająca podcastu mogła pomyśleć: „Nie tylko ja tak mam”, „To, co czuję, jest ważne” albo „Inne kobiety również przez to przechodzą”. Sama świadomość, że nie jesteśmy osamotnione w swoich doświadczeniach, potrafi przynieść ogromną ulgę.
Podcast nie daje gotowych recept na życie, ale pomaga lepiej zrozumieć siebie, nazwać własne emocje i spojrzeć na swoje doświadczenia z większym dystansem. Chcę tworzyć miejsce bez oceniania, w którym można mówić szczerze także o tym, co trudne, kruche i nieidealne.
Zarówno fotografia, jak i podcast mają dla mnie podobny cel- pomóc kobietom poczuć się zauważonymi, wysłuchanymi, ważnymi i bardziej świadomymi siebie.
– Co jeszcze znajdziemy u ciebie? Jakie są twoje najświeższe pomysły na sesje?
– A kto to wie? Moje pomysły często pojawiają się nagle i bywają zupełnie nieprzewidywalne. Niedawno była Frida biegająca z kurą po blokowisku. Często łączę rzeczy, które pozornie do siebie nie pasują, z kobiecą historią, charakterem i odrobiną szaleństwa.
Prowadzę też Akademię Fotografii Kobiecej, warsztaty i plenery fotograficzne, podczas których często naprawdę ponosi mnie wyobraźnia. To przestrzeń do eksperymentowania, tworzenia niezwykłych stylizacji, opowieści i kadrów, które nie zawsze da się wcześniej dokładnie zaplanować.
Fotografki są tymi spotkaniami zachwycone, bo oprócz zdobywania nowych umiejętności i rozwijania własnego spojrzenia przełamują też swoje lęki, blokady i ograniczające przekonania. Często odważają się zrobić coś, czego wcześniej się bały, wychodzą poza utarte schematy i zaczynają bardziej ufać swojej intuicji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze