Z Markiem Perzyńskim, pisarzem, regionalistą, dziennikarzem i pracownikiem Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu, rozmawia Marta Ringart - Orłowska.
Ten tekst ukazał się w Kurierze Gmin z 26 maja 2026 r. - POBIERZ
- Zacznijmy może nie od samego początku, ale od pytania najważniejszego. Co cystersi, sprowadzeni do Lubiąża w XII wieku przez Bolesława I Wysokiego, zostawili na naszym terenie?
- Cystersi zostawili nam znacznie więcej, niż się powszechnie uważa. To nie jest tylko klasztor, mury, zabytki i historia zakonników. Cystersi byli prekursorami cywilizacji europejskiej. Można powiedzieć, że byli prekursorami zjednoczonej Europy. Tam, gdzie były klasztory cysterskie, tam była Europa. Tam, gdzie kończyły się klasztory cysterskie, kończył się pewien model cywilizacji. Ludzie często nie mają pojęcia, jak ogromny wpływ mieli cystersi na życie codzienne, gospodarkę, rolnictwo, architekturę, edukację i kulturę.
Przynieśli takie zdobycze jak trójpolówka, upowszechnienie cegły, zakładali młyny, stawy, winnice, sady. Wnosili kulturę duchową i materialną. Wszystko było podporządkowane zasadzie „ora et labora”, czyli módl się i pracuj. Dzień był ustawiony tak, aby była równowaga między modlitwą a pracą.
- Kiedy patrzymy dziś na pola, wsie, krajobraz wokół Lubiąża, to nadal widzimy cystersów?
- Tak, tylko często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Gdy patrzymy na pola, na meliorację, na układ gospodarki rolnej, to jest dziedzictwo cystersów. Gdy murujemy domy z cegły, też dotykamy ich dziedzictwa. Gdy patrzymy na dawne stawy, sady, młyny, winnice, to też jest ich spuścizna. Cystersi są obecni w przestrzeni społecznej i kulturowej Dolnego Śląska praktycznie wszędzie. Lubiąż, Henryków, Krzeszów, Trzebnica. To są wielkie punkty na mapie europejskiej kultury.
- I nie byli tylko zakonnikami zamkniętymi za murami?
- Absolutnie nie. Oni utrzymywali się początkowo z pracy własnych rąk. Wcielili ideę świętości pracy. Byli sprowadzani na ziemie polskie właśnie dlatego, że przynosili cywilizację. Opłacało się ich sprowadzać. Przy klasztorach powstawały apteki, szkoły, biblioteki, skryptoria. Zakładali winnice, stawy rybne, sady. Byli świetnymi gospodarzami. Ziemie trudne, bagienne, nieużytki potrafili przekształcić w złoto.
- Wspomniał pan o sadach. Mówił pan, że cystersi z Lubiąża przynieśli uprawę jabłek na ziemie polskie.
- Tak. Cystersi z Lubiąża przynieśli słynne jabłka da Porta, od miejscowości Pforta, z której przybyli. To bardzo ciekawy i wciąż słabo wykorzystywany wątek. Oni zakładali sady, przynieśli jabłko już wyhodowane, dobre do spożycia, a nie tylko dzikie jabłonie.
Bardzo chciałbym, żeby w Lubiążu powstało centrum jabłka. Mało kto o tym wie, a przecież to jest gotowy temat kulturowy, edukacyjny i turystyczny. Można wokół tego budować lokalną markę. Jabłka, wypieki, przetwory, opowieść o cystersach. Tak robią inne kraje. Z kultury i historii tworzą produkt turystyczny.
- A stawy rybne?
- To także cystersi. Zakładali stawy, bo mieli bardzo dużo dni postnych i potrzebowali ryb. Stawy w Miliczu są tego najlepszym przykładem. To dziś wielki rezerwuar przyrody, miejsce, do którego przyjeżdżają ludzie z całego świata oglądać ptactwo. Ale początek był bardzo praktyczny. Post, ryby, gospodarka.
Podobnie było z winem. Wino było potrzebne do Eucharystii, więc zakładali winnice. Stąd mamy Wińsko. To są ślady tej obecności. Nazwy miejscowe też opowiadają historię cystersów.
- A przybyli do Lubiąża z Turyngii w 1163 roku.
- Tak, bo zostali sprowadzeni przez Piastów śląskich. Piastowie prowadzili kolonizację, sprowadzali zakony i osadników. Wtedy najlepszym, najbardziej nowoczesnym prawem było prawo magdeburskie, inaczej niemieckie. Trzeba jednak uważać, żeby nie mieszać pojęć. Dzisiaj patrzymy kategoriami narodowymi, które ukształtowały się dopiero w XIX wieku. W średniowieczu myślano kategoriami dynastycznymi. Lubiąż jest pomnikiem kultury polskiej, bo powstał w czasach pierwszych Piastów.
- Pan często mówi: Lubiąż to śląski Wawel. Dlaczego?
- Bo tam pochowanych jest kilkunastu Piastów. To jest miejsce piastowskiej pamięci. Lubiąż jest naszym śląskim Wawelem. Jeżeli ktoś chce zrozumieć Śląsk, jego bogactwo, skomplikowaną historię, znaczenie polityczne i kulturowe, powinien wejść do klasztoru w Lubiążu. Tam zbiegają się wszystkie najważniejsze wątki. Piastowie, cystersi, barok, wojny śląskie, Prusy, kasata klasztorów, II wojna światowa, powojenne zniszczenia. Lubiąż pozwala zrozumieć, czym był Śląsk.
- Dlaczego klasztor powstał właśnie w tym miejscu?
- To było bardzo dogodne miejsce. Szlak komunikacyjny, przeprawa przez Odrę, dostęp do wody. Odra była kręgosłupem Śląska. Główne ośrodki powstawały wzdłuż Odry, bo drogi były fatalne, a rzeka była naturalnym szlakiem komunikacyjnym. Cystersi zakładali klasztory tam, gdzie było trudno. Na terenach bagiennych, na nieużytkach. Karczowali puszcze, zakładali osady, pola, młyny, stawy. W przypadku Lubiąża była Odra, była komunikacja, była przestrzeń do zagospodarowania.
- Co turysta powinien zobaczyć w samym klasztorze, żeby poczuć wielkość tego miejsca?
- Cały klasztor jest pomnikiem wiary katolickiej po wojnie trzydziestoletniej. Miał olśniewać. Miał być znakiem z daleka widocznym. To największe założenie klasztorno-rezydencjonalne tego typu na świecie. Tylko Escorial w Hiszpanii ma dłuższą fasadę. W Lubiążu pracowali najwybitniejsi artyści baroku. Mamy tam Michaela Willmanna, zwanego śląskim Rembrandtem. Tam miał swoją pracownię i tam jest pochowany. Są freski, sklepienia, Sala Książęca, biblioteka. Nawet jeżeli wiele rzeczy zostało wywiezionych, zniszczonych albo rozproszonych, ogrom tego miejsca nadal działa na wyobraźnię.
- W klasztorze Lubiążu była ogromna biblioteka. Dziś możemy ją podziwiać po 30-letnim remoncie, ale jest pusta.
- W klasztorze w Lubiążu powstały pomniki piśmiennictwa. Były skryptoria, była ogromna biblioteka. Niestety w czasie wojny trzydziestoletniej Szwedzi wywieźli ją do Szczecina, a później spłonęła. To była wielka strata. Cystersi przywiązywali ogromną wagę do nauki. Byli wykształceni. Nieśli kaganek oświaty.
- Sala Książęca robi chyba największe wrażenie.
- To najpiękniejsza sala barokowa w Polsce. I ciekawostka: wchodzimy do klasztoru pocysterskiego, a w Sali Książęcej wątków religijnych jest bardzo mało. To wielka apoteoza Habsburgów. Kiedy Fryderyk II wkroczył na Śląsk i wszedł do Sali Książęcej, popatrzył na to bogactwo i zapytał z przekąsem, czy apostołowie też mieli takie piękne sale? Opat, który odpowiadał za ten program ideowy, na wszelki wypadek uciekł do Austrii. Później wrócił, ale Fryderyk II nakazał mnichom pozbawić go funkcji.
- Czyli Opactwo w Lubiążu było nie tylko klasztorem, ale też rezydencją władzy?
- Tak. To był klasztor-rezydencja. Z jednej strony klauzura dla mnichów, z drugiej pałac opata i funkcje reprezentacyjne. Opat zarządzał ogromnym majątkiem. Był przedstawicielem wielkiego gospodarstwa, właściwie przedsiębiorstwa. Cystersi mieli folwarki, młyny, stawy, wsie, huty, kopalnie. Potrzebowali administracji, kancelarii, urzędników, miejsc do prowadzenia interesów. Dawna prepozytura cystersów z Lubiąża w Legnicy to dzisiejsze Muzeum Miedzi. To był taki miejski pałac cystersów, potrzebny do kontaktów i umów handlowych.
- Jak wyglądała organizacja takiego klasztoru?
- To była świetnie działająca struktura. Na czele stał opat, ale był też przeor, podprzeor, mnisi odpowiedzialni za bibliotekę, skryptorium, infirmerię (miejsce opieki nad chorymi mnichami), kuchnię, gospodarkę, rachunki. Byli też konwersi, czyli zakonnicy bez wyższych święceń, przeznaczeni bardziej do pracy fizycznej i zarządzania folwarkami. Te folwarki nazywano grangiami. Tam produkowano żywność, sukno, wino, prowadzono gospodarkę. Początkowo cystersi sprzedawali nadwyżki. Potem zyski inwestowali. Kupowali kolejne wsie i majątki. Produkowali więcej, więc znów inwestowali. Tak rosła potęga.
- Ale mnich był biedny?
- Klasztor był bogaty, ale mnich był biedny. To nie było bogactwo prywatne. To było bogactwo instytucji, przekuwane, przynajmniej w założeniu, ku większej chwale Bożej.
- Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwany bazyliką klasztorną, też miał niezwykłe znaczenie.
- Kościół był przeznaczony wyłącznie dla mnichów. Służył modlitwom chórowym. Były tam słynne stalle anielskie, jeden z cudów baroku. Około 70 procent tych stalli się zachowało w muzeum, więc można myśleć o rekonstrukcji. Kościół jest niezwykły także dlatego, że w swojej strukturze jest gotycki, ale został obudowany barokową formą. To pokazuje ciągłość historii. Średniowiecze i barok w jednym miejscu.
- A drugi kościół?
- Na dziedzińcu stoi jeszcze kościół św. Jakuba. Kościół opacki był dla cystersów, a kościół św. Jakuba służył ludziom związanym z klasztorem, służbie, urzędnikom, mieszkańcom. Trzeba pamiętać, że wokół opactwa funkcjonował cały organizm społeczny i gospodarczy.
- Z Lubiążem wiąże się też historia św. Jadwigi, żyjącej na przełomie XII i XIII wieku, żony księcia Henryka Brodatego. To kolejny wątek, o którym mało się mówi.
- Tak. Św. Jadwiga bywała w Lubiążu. Jej spowiednikiem był opat Walter. To on miał jej powiedzieć, że nie może chodzić boso, że nie powinna się aż tak umartwiać nad biednymi. No i św. Jadwiga spełniła nakaz po swojemu. Buty nosiła, ale przewieszone przez ramię. Formalnie więc nakaz wykonała. To pokazuje, jak Lubiąż był wpisany w najważniejsze duchowe i dynastyczne historie Śląska. Jadwiga, Piastowie, cystersi, to wszystko się tutaj łączy.
- Była tam też słynna pieta powstała w latach 1360-1370, do której pielgrzymowano.
- Tak. W Lubiążu znajdowała się gotycka pieta, która cieszyła się ogromnym kultem. Przybywały do niej pielgrzymki. Ludzie modlili się przed Matką Boską Bolesną. To była jedna z ważnych pamiątek duchowości tego miejsca. Dziś ta pieta znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie. I to też pokazuje los klasztoru. Jego dziedzictwo zostało rozproszone. Część jest w muzeach, część w kościołach, część przepadła, część została zniszczona. Ale sama pamięć o tym, że Lubiąż był miejscem kultu i pielgrzymek, jest bardzo ważna.
- Wspomniał pan o słynnym malarzu Willmannie. Dlaczego jest tak ważny?
- Michael Leopold Willmann (1630-1706) to najwybitniejszy malarz śląskiego baroku, nazywany śląskim Rembrandtem. W Lubiążu miał pracownię i tam został pochowany. Jego dzieła były w kościele, w klasztorze, w całym regionie. Ogromne obrazy Willmanna, rzeźby, ołtarze, stalle, to wszystko tworzyło olśniewającą przestrzeń. Gdybyśmy dziś mieli w klasztorze w Lubiążu całe oryginalne wyposażenie, ludzie wchodziliby tam z zachwytem. Niestety wiele dzieł wywieziono, rozproszono, zniszczono.
- Co jeszcze jest taką ciekawostką, której turyści zwykle nie znają?
- W kościele opackim zachował się fragment romańskiej pisciny, czyli miejsca służącego do obmyć liturgicznych. To mały element, ale bardzo cenny. Był przedmiotem zainteresowania historyków sztuki. Turyści zwykle tego nie oglądają, ale to jeden z tych detali, które pokazują głębokość historii klasztoru w Lubiążu. Inna ciekawostka dotyczy życia codziennego cystersów. Mieli dużo dni postnych, więc ryby były ważne. A dawniej czasem za rybę uznawano także to, co żyło w wodzie. Nawet bobra. To pokazuje, jak praktycznie podchodzono do reguł postnych.
- Kiedy skończył się Lubiąż cystersów?
- W 1810 roku. Król pruski Fryderyk Wilhem III skasował klasztory kontemplacyjne na Śląsku. Potrzebował pieniędzy, m.in. na kontrybucje. Jednym podpisem zakończono wielowiekową historię. Cystersi otrzymali niewielkie pensje i musieli opuścić klasztor. Wkroczyły komisje królewskie i zaczęło się wywożenie wszystkiego, co miało wartość. Dobra sprzedawano. Wywożono książki, instrumenty muzyczne, numizmaty, dzieła sztuki, kolekcje broni. To był ogromny majątek.
- Czyli bogactwo ich zgubiło?
- Tak. Byli tak bogaci, że opłacało się ich skasować. Państwo pruskie mogło się na tym obłowić. Ale paradoksalnie dzięki kasacie powstała także Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu, bo zaczęto ją tworzyć m.in. z ksiąg zwiezionych z klasztorów. Ile przy okazji zginęło, zostało rozgrabione albo zniszczone? Tego nie wiemy.
- Co działo się z klasztorem po kasacie w 1810 roku?
- Obiekt pełnił różne funkcje. Była tam m.in. stadnina koni. Później została przeniesiona do zamku Książ i tam ta tradycja przetrwała. Był też zakład psychiatryczny. To był bardzo nowoczesny jak na swoje czasy zakład, ale też miejsce eksperymentów psychiatrycznych. Były oddzielne warunki dla arystokratów i dla osób niżej urodzonych. Arystokraci leżeli na łóżkach, biedniejsi na siennikach. Podczas II wojny światowej Niemcy zamienili część obiektu w fabrykę. Niemiecki konserwator sztuki Günther Grundmann ratował z kościoła, co się dało, bo miał świadomość wartości tych dzieł.
- A po II wojnie światowej?
- Po wojnie Lubiąż był szabrowany. Część rzeźb leżała w krypcie, część zmurszała, część rozkradziono. Do dziś elementy z Lubiąża są rozproszone w muzeach, kościołach, a czasem prywatnych rękach. Można powiedzieć brutalnie: rozkradziono, rozgrabiono, zniszczono. Jakby ktoś chciał zatrzeć ślady po tym miejscu. Ale tego nie da się zatrzeć. To jest za wielkie.
- Pan mówi o klasztorze w Lubiążu z bólem, ale też z nadzieją.
- Bo ten klasztor nie powinien być traktowany jak problem, kula u nogi czy niezabliźniona rana. To jest szansa. To miejsce może dawać pracę ludziom. Może być centrum turystyki kulturowej, edukacji regionalnej, sztuki, historii, produktu lokalnego. Proszę spojrzeć na Czechy. To kraj mocno zlaicyzowany, a jednak potrafi znakomicie wykorzystywać klasztory i zabytki. W Broumovie dawny klasztor benedyktyński "żyje". Są świeckie instytucje, jest turystyka, kultura, edukacja. We wnętrzu może być raz w tygodniu msza, ale cały kompleks pracuje dla regionu. Tak samo w innych krajach. Francuzi, Czesi, Niemcy robią z kultury produkt turystyczny. My też możemy.
- Co mogłoby tu powstać?
- Centrum edukacji regionalnej. Oddział muzeum. Pracownie artystyczne. Szkoła regionalizmu. Miejsce warsztatów, konferencji, wystaw. Można pokazać jedną celę mnicha, odtworzyć życie cystersów, zrobić ekspozycję o jabłkach, winie, stawach, Odrze, Piastach, Willmannie. Obiekt, żeby przeżyć, musi mieć funkcję. Turystyczną już ma, ale to za mało. Tam obok jest browar, są przestrzenie, które mogłyby stać się hostelem, hotelem, centrum edukacyjnym. To są miejsca pracy. Tylko ktoś musi pomóc Fundacji Lubiąż swoim autorytetem i realnym wsparciem finansowym.
- Czy mieszkańcy powiatu wołowskiego wiedzą, obok czego żyją?
- Nie zawsze. I to jest nasz problem. Lubiąż powinien być motorem napędowym całego regionu. Wołów i okolice mogą z niego żyć. Ale trzeba to rozumieć, opowiadać i pokazywać. Ja mówię czasem, że Wołów, Lubiąż i Głębowice to złoty trójkąt śląskich malarzy. To jest ogromny potencjał kulturowy. Tylko trzeba go wydobyć.
- Na koniec zapytam o puentę. Czym dla pana jest klasztor w Lubiążu?
- Jest miejscem, w którym można zrozumieć Śląsk. Jego bogactwo, wielokulturowość, piastowskość, europejskość, dramaty, zniszczenia i szanse. To śląski Wawel. Pomnik kultury polskiej i europejskiej. Cystersi zostawili nam spuściznę, której wciąż do końca nie rozumiemy. A powinniśmy. Bo to nie jest martwa historia. To może być przyszłość regionu.
Marta Ringart-Orłowska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze