Reklama

Zmierzch letniej stolicy. Jak umierał dolnobrzeski sen o wakacjach w Pogorzelicy

09/09/2026 10:54

Z tętniącego życiem kolonijnego miasteczka pozostało zaledwie kilka drewnianych domków, które siłą woli opierają się grawitacji. Nie ma już nawet siatki odgradzającej ten dawny świat od nowej rzeczywistości. Zniknęła scena, na której łamały się pierwsze serca, zapadły się dachy. Ośrodek Zakładów Chemicznych „Rokita” w Pogorzelicy, niegdyś letnia stolica i adres dzieciństwa całego pokolenia, dziś jest ruiną. W cieniu budowanych obok luksusowych apartamentowców powoli gniją nasze wspomnienia z lat 90. Jeszcze rok, dwa i nie będzie śladu...

Portal do magicznego lata

Stoję w miejscu, gdzie kiedyś stała budka i furtka – portal do magicznego lata. Dziś teren zarasta wysoka trawa, a dawny ośrodek kolonijny przypomina cmentarzysko. Zachodniopomorskie wybrzeże usiane jest takimi bliznami po dzikiej transformacji; szacuje się, że w całym województwie kilkadziesiąt podobnych zakładowych molochów bezpowrotnie zniknęło z mapy, pożartych przez nierentowność i deweloperski beton. Sąsiedni „Energetyk” przetrwał. Dolnobrzeska enklawa nie miała tego szczęścia.

 

Bilet w jedną stronę na Aviomarinie

Dla mojego rocznika '82 i całego pokolenia dorastającego w latach 90., to był adres beztroski. Podróż zaczynała się od rytmicznego stukotu kół pociągu aż do Trzebiatowa, skąd z wielką ekscytacją przesiadaliśmy się do nadmorskiej kolei wąskotorowej. Kiedy później, ku mojej rozpaczy, wprowadzono autokary, smak wyjazdów nierozerwalnie połączył się z mdłościami i tabletkami Aviomarinu. Ale u celu czekał nasz świat.

Reklama

Drewniane domki  miały swój zapach i charakter. Początki turnusu smakowały słonymi łzami tęsknoty, kapiącymi na poduszkę piętrowego łóżka. Pod koniec płakało się znowu – bo trzeba było wracać. Wtedy nad morzem było się trzy tygodnie! To tu odbieraliśmy pierwsze, brutalne lekcje samodzielności. Rozbite kolano? Nikt się z nami nie cackał, brakowało plastrów, biegło się dalej z brudem wymieszanym z krwią. Kąpiel pod prysznicami odbywała się wyłącznie grupowo i to nie codziennie. Wieczorami, gdy wychowawcy zaczynali swoje własne, dorosłe życie z dala od naszych uszu, w ciasnych pokojach odbywało się wywoływanie duchów i pisanie koślawych listów z prośbą o pieniądze na kolejne nadmorskie pamiątki- durnostojki.

Scena z apelami, konkursami, pokazami mody. Świetlica i dyskoteki. Chrzest kolonijny, podczas którego trzeba było wypić szklankę wody morskiej z błotem i musztardą. Wspólne śpiewanie, pierwsze sympatie. Na to czekało się cały rok. 

Reklama

 

Wrzątek z osami i szkoła pokory

Stołówka uczyła pokory. Pamiętam śniadania z kakao z kożuchem, kolacje z mielonką w konserwie i niezawodny chleb z dżemem, ratujący niejedno wybredne podniebienie. Był też ten absolutny fenomen kolonijnej gastronomii – szklany baniak z kurkiem, z którego lał się gorący napój. Wokół niego, w środku upalnego lata, zawsze krążył nieustępliwy rój os. Prawdziwy luksus smakował inaczej: lody śmietankowe, gęste mleczko z tubki i oranżada w woreczku z rurką.

 

Cisza na zgliszczach

Dziś, wędrując ścieżkami porośniętymi mchem, trudno uwierzyć w ten dawny gwar. Zazwyczaj jestem tu zupełnie sama. Nie ma innych wczasowiczów wspominających minione lata, nikt nie szuka śladów po dawnych łazienkach. Czasem tylko między ledwo stojącymi domkami przemknie w milczeniu jakiś grzybiarz, wpatrzony w runo leśne i zupełnie nieświadomy, że właśnie depcze po czyimś dzieciństwie. Miejsce, które kiedyś tętniło życiem setek osób, teraz wypełnia jedynie głucha cisza i szum wiatru w sosnach.  

Reklama

 

Dzika prywatyzacja i społeczna amnezja

Ośrodek umarł w ciszy gabinetów, jeszcze przed rokiem 2000. Został sprzedany w atmosferze niejasności i afer. Grunty, dzierżawione od Lasów Państwowych, wróciły do Skarbu Państwa, ale zabudowania rozkradł czas i brak nadzoru. Władza, mająca strzec majątku społecznego, pozwoliła, by zniknął. Dumnie stojący kiedyś „Chemik” został zaadaptowany na prywatne mieszkania. Ktoś przejął budynek, wyodrębnił lokale. Budynek żyje. Reszta to puste ramy po dawnych oknach i gnijące deski.

Pogorzelica pięknieje, stroi się w nowe pensjonaty, podczas gdy po naszej drewnianej scenie, gdzie odbywały się dyskoteki i chrzty morskie, nie pozostał nawet ślad. Tych ruin pewnie nikt już nie uratuje. Ich społeczna rola została wypełniona – pozostaną wyłącznie pomnikiem pokolenia, które swoje najpiękniejsze lato spędziło w domkach z drewna, walcząc z komarami i zdzierając gardło przy ogniskach.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo kuriergmin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości