Kanapa zamiast boksu, leśne ścieżki zamiast wybiegu i obecność człowieka od porannej miski po wieczorne układanie się na poduszkach. W Wołowie Maja Pakulska prowadzi „Dogs4love Domowy Hotel dla Psów”. To miejsce, w którym na czas wyjazdu właścicieli czworonogi po prostu wprowadzają się do nowej rodziny.
Pomysł na stworzenie takiego miejsca kiełkował od dawna. Zanim pojawiła się odpowiednia przestrzeń i warunki, były lata czytania o psiej psychologii, obserwowania mechanizmów stadnych i zgłębiania behawioryzmu. Kiedy okoliczności wreszcie pozwoliły, decyzja zapadła bez wahania.
– Postanowiłam pójść na całość – mówi Maja Pakulska. – Od początku było dla mnie oczywiste, że to nie może być tradycyjny hotel z boksami czy kojcami. Chciałam stworzyć hotel domowy z prawdziwego zdarzenia, gdzie zwierzęta wchodzą bezpośrednio w nasz codzienny, rodzinny rytm.
Dom przyjął nową rolę bez rewolucji, choć z pełną dyscypliną. Przestrzeń jest niemal w całości otwarta dla czworonogów, choć zamontowano system bramek i zabezpieczeń, który w razie potrzeby pozwala natychmiast odciąć poszczególne pokoje. Na podłogach leżą wygodne legowiska we wszystkich rozmiarach, ale to meble bywają największą atrakcją. Jeśli pies ma w swoim domu nawyk wylegiwania się na fotelu czy sofie, a właściciel nie ma nic przeciwko, nikt mu tego w Wołowie nie zabrania. Zdarza się też, że goście lądują w łóżku gospodarzy.
W tej codzienności Maja nie jest sama. Ważnym ogniwem domowego zespołu jest jej dziewięcioletni syn Hubert. Chłopiec nie tylko ma już spore pojęcie o psich sygnałach, ale jego obecność okazuje się nieoceniona w praktyce. Wiele psów trafiających do hotelu wychowuje się na co dzień z dziećmi, więc widok i zapach dziewięciolatka działają na nie uspokajająco, skracając czas oswajania się z nowym miejscem.
Żeby pod jednym dachem mogło zgodnie funkcjonować kilka obcych sobie psów, nie ma miejsca na przypadek. Podstawowym warunkiem przyjęcia czworonoga jest kastracja lub sterylizacja – to w znacznym stopniu eliminuje zachowania terytorialne, dominacyjne czy skłonność do zaczepek. Drugim warunkiem jest socjalizacja. Pies musi dobrze czuć się w stadzie i nie wykazywać agresji.
– Na psy w grupie trzeba mieć stale oko. Cała sztuka polega na tym, by zauważyć napięcie, zanim w ogóle dojdzie do spięcia, i zareagować ułamek sekundy szybciej niż one – tłumaczy założycielka Dogs4love.
Kluczowy jest etap przygotowań. Zanim właściciel zostawi psa na dłużej, oboje przyjeżdżają na spotkania adaptacyjne. Czasem wystarczy jedna wizyta, by zwierzak obwąchał kąty, poznał zapach domowników i sprawdził podwórko. Przy psach lękowych lub wycofanych spotkań bywa kilka. Prawdziwym sprawdzianem była suczka w typie bardzo wymagającej rasy, zmagająca się z silnym lękiem separacyjnym. Jej adaptacja trwała aż dwa miesiące przed planowanym, dziesięciodniowym turnusem. Ostatecznie suczka zaufała na tyle, że uznała Maję za swoją przewodniczkę i stała się jej cieniem – do tego stopnia, że początkowo próbowała jej pilnować nawet przed Hubertem. Doświadczenie i spokój pozwoliły jednak opanować sytuację, a pies spędził pobyt bez traumy.
Doba w Dogs4love ma swój stały, uporządkowany rytm. Rano cała grupa wychodzi na podwórko, potem przychodzi pora na śniadanie i chwilę lenistwa na trawie. Koło południa zaczyna się najważniejszy punkt dnia – spacer. W zależności od wielkości i energii stada, Maja wychodzi na jedną lub dwie tury, zabierając psy do okolicznych lasów i na łąki.
– Nawet największy ogród jest dla psa tylko przedłużeniem domowego korytarza. Pachnie wciąż tak samo – zaznacza opiekunka. – Żeby pies był naprawdę zrównoważony i zmęczony psychicznie, musi węszyć. Długa linka treningowa w lesie daje mu swobodę, a piętnaście minut szukania smakołyków w trawie wycisza skuteczniej niż półtorej godziny monotonnego marszu.
Po powrocie dom zamienia się w strefę relaksu. Część psów ucina sobie drzemkę, inne bawią się zabawkami na podwórku albo towarzyszą Mai przy zwykłych pracach domowych. Jest czas na czesanie, głaskanie i spokojne leżenie obok człowieka. Po popołudniowej kolacji tempo wyraźnie spada. Około godziny dwudziestej w domu panuje już cisza – goście zwijają się w kłębki na kocykach i zasypiają.
Poza opieką całodobową do wołowskiego domu zaglądają też goście na kilka godzin. To psie przedszkole, z którego korzystają właściciele szczeniaków potrzebujących rozładowania energii w zabawie z rówieśnikami, albo opiekunowie starszych psów, które źle znoszą samotność podczas długich godzin pracy domowników. Z kolei na leśne spacery socjalizacyjne zgłaszają się osoby, które z powodu nagłej choroby, kontuzji czy nadgodzin nie są w stanie zapewnić swojemu psu odpowiedniej dawki ruchu w terenie.
Dla wielu ludzi oddanie psa pod cudzą opiekę wiąże się ze sporym stresem i wyrzutami sumienia. Dlatego Maja przez cały dzień wysyła właścicielom zdjęcia i krótkie filmiki na WhatsAppie. Krótkie ujęcie z merdającym ogonem w lesie czy zdjęcie z drzemki na kanapie wystarczą, by z opiekunów opadło napięcie.
Praca trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez wolnych weekendów w sezonie urlopowym. Jak mówi Maja Pakulska, rekompensują to poranki, gdy budzi się w pokoju pełnym zaspanych, przyjaznych pysków, i wiadomości od klientów, którzy piszą, że podczas codziennych spacerów po Wołowie ich psy za każdym razem ciągną na smyczy prosto pod furtkę z szyldem Dogs4love.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze